|
[pastisz fragmentu „Pana Tadeusza” znanego pt. „Koncert Jankiela”]
Było kandydatów kilku,
Ale żaden z nich nie śmiał stanąć przy Michniku.
(Michnik przez całą zimę nie wiedzieć gdzie bawił,
Teraz się nagle z główną misją Lecha zjawił).
Wiedzą wszyscy, że mu nikt na dyplomatycznym polu
Nie dorówna w bystrości godnej Interpolu.
Proszą go by przemówił, wskazują na taras,
On wzbrania się, powiada, to jest amba-baras,
Odwykł od przemówień, nie chce i trochę się wstydzi,
Kłaniając się umyka; to Joasia widzi,
Podbiega i na białej podaje mu dłoni
Pióro, którym zwykle mistrz swych wrogów gromił;
Drugą rączką po głowie bohatera głaska
I dygając: „Adamie, mówi, jeśli łaska,
To mój polityczny debiut, jakem jest Szczepkowska
Tu wszystkim chcę objawić, że twoja jest Polska.”
Michnik aktorkę bardzo lubił, kiwnął głową
Na znak, że nie odmawia; na taras go wiodą,
Do mównicy, tam stanął, mikrofon przynoszą,
Zginają się w ukłonach, on patrzy z rozkoszą
I z dumą; jak weteran w służbę powołany
Do Bytomia na posła, gdzie został przysłany.
Tu na placu Thälmana wyjaśni ludowi
Arkana demokracji, niech się lud nie głowi.
Tymczasem Staszek Klucznik mistrza zapowiada
Jako gościa miłego i zucha nie lada.
Michnik z przymrużonymi na poły oczyma
Milczy i nieruchomy tłum w napięciu trzyma.
Wtem wzniósł dłonie w kształt V, w tym geście triumfalnym
Stał jak Mojżesz przed ludem na wzniesieniu skalnym.
Dziwią się wszyscy – lecz to była tylko proba,
Bo przerwał, a mikrofon do kieszeni schował.
Znowu zaczął: cichutko witając zebranych,
Jak gdyby tu na placu miał być wiec szeptany,
Wydając lekkie, słabo słyszalne wyrazy.
Patrzył w niebo, czekając jakby na rozkazy.
Spojrzał z góry, mikrofon dumnym okiem zmierzył,
Wzniósł ręce, spuścił razem, w mocny ton uderzył,
Zdumieli się zebrani...
Ze wszystkich głośników
Buchnął dźwięk, jakby oddział młodych buntowników
Zakrzyknął - „Precz z komuną!” - na Placu Zamkowym
I niósł przez całą Polskę zapowiedź odnowy.
Tak zabrzmiała wieść nowa okrągłego stołu
Radością ogarniając tłum cały pospołu –
Lecz starców myśli z dźwiękiem w przeszłość się uniosły
W owe lata szczęśliwe, gdy nadzieje rosły
Po którymś dniu grudniowym we stoczniowej hali
Zgodzonego z narodem Gierka fetowali.
Gdy na wiecu wołano - sprawiedliwie chcemy!
„Pomożecie?" – zapytał. Rzekli – „pomożemy!"
Mistrz tempo wystąpienia nagli i natęża,
A wtem wypuścił fałszywy głos jak syk węża,
Jak zgrzyt żelaza po szkle – przejął wszystkich dreszczem
I wesołość pomięszał przeczuciem złowieszczem.
Zasmuceni, strwożeni słuchacze zwątpili,
Czy mikrofon się zepsuł, czy się Michnik myli?
Nie zmylił się mistrz taki! Choć się ciągle jąka
I syczy i bełkoce i wypuścił bąka,
Ale wreszcie wydobył temat tajemniczy,
Który nie bardzo trafiał do tłumu z ulicy.
Aż Klucznik pojął mówcę i już się nie lękał,
I krzyknął - „Wiem, wiem, znam to! To jest Magdalenka!”
I wnet mówca porzucił temat złowróżący,
Zmienił ton, zmarszczył brew. Niczym potok grzmiący
Spłynął w środek pospólstwa już z tematem nowym.
O wojnie, którą Wojciech sprawił narodowi.
Już słychać łomot pałek, szczęk tanków, wystrzały,
Płacze matek, lęk dzieci. – Tak mówca wspaniały
Jawił okropność wojny, że kobiety drżały,
Przypominając sobie ze łzami boleści
Górników, których walkę znały z opowieści,
Rade, że mistrz na koniec głosami wielkiemi
Zagrzmiał, a potem zamilkł, jakby znikł w podziemi.
Ledwie słuchacze mieli czas wyjść z zadziwienia
Znowu tematyka inna, jakby od niechcenia
Zaznacza swoją drogę poprzez kazamaty,
Mimochodem wplatając swój żywot zza kraty.
Wnet siła mówcy rośnie, już opowieść znika
O cierpieniach własnych samego Michnika.
Bo oto w naszej ziemi na wszelakie strony
Tworzą się spontanicznie całe legijony
Przeciwników Wojciecha, których tamtym czasem
Skazywano masowo na życie tułacze.
W obce ziemie szli oni, wypędzeni z kraju
Poszukując wolności, prawa i spokoju.
Opowieść znana, jeszcze pamięć nie minęła!
Poznali ją słuchacze, wiara się skupiła
Wokoło niego; słuchają, wspominają sobie
Ów stan wojenny, kiedy w całej dobie
Ścigała ich esbecja i pchała do ciupy;
Przywodzą na myśl takich, co dawali dupy
Jaruzelskiej WRON-ie i szli w szeregach PRON-ów
Niosąc zdradę jak pokój wśród fałszywych dzwonów.
Martwił ludzi uczciwych ten wstyd narodowy,
Tak rozmyślając, smutnie pochylili głowy.
Ale je wnet podnieśli, bo mistrz swój głos wznosi,
Przyjął godną postawę, o uwagę prosi.
Podniósł głowę i na mikrofon z góry spojrzał,
Zrobił gest dwiema dłońmi, jakby właśnie dojrzał
Do wielkiej prawdy, którą trzeba tu objawić
I pospólstwo przy pełnej wiedzy pozostawić.
„My idziemy do Sejmu - mocnym głosem wołał -
Naprawiać Pospolitą." „Niech nam żyje! Sto lat!
My idziemy do Sejmu!" I wszyscy klasnęli,
I wszyscy: „Marsz do Sejmu!” chórem okrzyknęli!
Michnik jakby sam swojej dziwił się przemowie,
Wypuścił z rąk mikrofon, skrobnął się po głowie.
I wtedy na tarasie zjawił się ktoś nowy,
Jakiś duch militarny, całkiem mundurowy.
A kiedy na Adama swoje oczy zwrócił,
Ten się zmięszał, a potem na szyję się rzucił
Generalską, szlochając wyznał całkiem szczerze,
Że przemawiał do tłumu w niezbyt dobrej wierze.
„Generale, rzekł, Ciebie długo grupa nasza
Czekała – długo, jak my Żydzi Mesyjasza.
Na Ciebie wszak stawiali wcześniej komuniści,
I my także, to mówię bez żadnej zawiści.
Żyj i wojuj, o, Ty nasz!...” Mówiąc ciągle szlochał,
Żyd poczciwy, co wszystkich jednako ukochał!
Jaruzelski podawał rękę i dziękował,
On niskim skłonem wodza rękę uszanował.

|
najszerzej jak to...
Czytając liczne ...
ja to osobiście ...
Bardzo się ciesz...
spieszę donieś...
rozliczanie polit...
Proszę Pana, św...
wie Pan, naprawd...
Z pierwszej ręki...
casus późnego T...