|
Dzielnica Publicystów
|
Jaszczur
|
|
Jeffrey Richard Nyquist jest absolwentem studiów politologicznych Uniwersytetu Kalifornijskiego w Irvine. W latach 1988 – 1992 był pracownikiem amerykańskiej Defense Intelligence Agency, w której zajmował się ZSRS, posowiecką Rosją i ChRL. Obecnie redaguje m.in.: własną stronę internetową oraz Geopolitical Global Analysis na łamach Financial Sense.
W swoich analizach i prognozach autor wychodzi z założeń, które przez wielu mogą zostać uznane za „oszołomskie” (nawet po prawej stronie), a z pewnością nie napawają optymizmem. Nie znaczy to jednak, byśmy nie mieli ich omawiać; nawiasem – Nyquist, pomimo, iż dość dobrze znany, rzadko omawiany jest na polskiej blogosferze (poza oczywiście Wydawnictwem Podziemnym, Forum SW Katowice czy blogiem Aleksandra Ściosa).
Lata 1989 – 91 nie przyniosły końca komunizmu, który rozumiany jako organizacja oraz metoda sprawowania władzy, dokonał wewnętrznego przegrupowania i modyfikacji. Porzucono część symboliki i otoczki ideologicznej, formalnie rozwiązano ZSRS, Pakt Warszawski i RWPG. Nie zrezygnowano jednak z ostatecznego celu, jakim jest opanowanie świata oraz sprawowanie władzy nad możliwie każdym aspektem życia jednostek i zbiorowości. Cel ten uświęca środki, zarówno dezinformację i demoralizację społeczeństw przeciwnika, jak i wojnę, w której zostanie użyta broń masowego rażenia. Wynika to z ekspansywnej natury komunizmu.
Poruszając problematykę strategii pieriestrojki, Nyquist powołuje się przede wszystkim na dwóch, bardzo wysokich rangą uciekinierów z bloku komunistycznego: Jana Szejnę i Anatolija Golicyna, którzy niezależnie od siebie wyjaśniali zachodnim służbom specjalnym i politykom między innymi zasady komunistycznej strategii „działań aktywnych”, mających na celu nie tylko dezinformację wolnego świata, ale także osiągnięcie konkretnych celów politycznych. Analizując współczesną Rosję Sowiecką, Nyquist bazuje na relacjach między innymi: Stanisława Łuniewa – pułkownika GRU, który uciekł na Zachód w 1992 r., Wiktora i Mariny Kałasznikowych (Wiktor jest byłym oficerem KGB i historykiem, Marina – historykiem i dziennikarką), Kanatjana Alibekowa (Kena Alibeka) – byłego wicedyrektora „Biopreparatu” (zajmującego się produkcją broni biologicznej), Aleksandra Litwinienki i Władimira Bukowskiego. Korzysta także z oficjalnych źródeł, jak i wypowiedzi czołowych przywódców komunistycznych i innych materiałów, na których pracują amerykańskie służby specjalne.
Kolejnym obszarem analiz Jeffreya Nyquista jest słabość Stanów Zjednoczonych, jako wiodącego mocarstwa cywilizacji Zachodu. Od kilku już dekad Ameryka, będąca metropolią świata zachodniego, ogarnięta jest pełzającą rewolucją społeczną i obyczajową o destrukcyjnych konsekwencjach, jak z resztą każda rewolucja: francuska, bolszewicka w Rosji, czy narodowo-socjalistyczna w Niemczech. Rewolucja ta jest po prostu dalszym ciągiem oświecenia, jednakże podsycana jest przez ruch komunistyczny praktycznie od samego początku istnienia jego baz w postaci Sowietów i ChRL, a szczególnej dynamiki nabrała w latach 50. i 60. XX w. Obejmuje także infiltrację USA przez komunistyczne wywiady. Owocuje – prócz szkód wywołanych szpiegostwem – destrukcją społeczeństwa amerykańskiego i rozstrojem polityki USA, zarówno wewnętrznej, jak i zagranicznej. Rewolucja komunistyczna, która rozpoczęła się w 1917 r. i rewolucja oświeceniowa na Zachodzie (zwłaszcza od lat 60. XX w.) stanowią niemalże dialektyczny, wzajemnie napędzający się mechanizm.
Analizy Nyquista niepozbawione są błędów, o których w trakcie tekstu i w podsumowaniu, jednakże nie przesłaniają one próby stworzenia pełnego obrazu.
W języku polskim ukazała się książka „Koń trojański”, wydana w roku 2007 przez Wydawnictwo Podziemne. Jest to cykl artykułów poświęconych problematyce, o której w niniejszym tekście, opublikowanych pierwotnie w WorldNetDaily w latach 1999 – 2004. Portal ten, jak również Fatalna Fikcja, na bieżąco publikują przetłumaczone na polski artykuły Jeffreya Nyquista.

|
|
Więcej…
|
|
Rolex
|
|
Wszystko wskazuje na to, że na świecie rozpoczyna się Nowy Ład. Jeszcze lepszy Nowy Ład, jeszcze lepszy od poprzedniego. Po 1989 roku na świecie rozpoczęła się era Stanów Zjednoczonych Ameryki. Era ta nastąpiła po dwubiegunowym układzie Stany Zjednoczone Ameryki - Związek Sowiecki. Nie wszystkim podobał się jeszcze lepszy Nowy Ład, bo dla wielu oznaczał brak możliwości balansowania. Wbrew pozorom, wielu państwom i narodom układ dwubiegunowy pozwalał właśnie na balansowanie i wyciąganie korzyści z tego balansu.
Poprzedni Nowy Ład nie podobał się również mocarstwu, które na skutek księżycowej ekonomii musiało zejść na drugi plan. Musiało zejść na drugi plan i zeszło z pierwszego planu nie na skutek katastrofy, ale w zorganizowany sposób. Po to, by się odbudować i ponownie, już przebudowane, aspirować do szansy w wyścigu o pierwszeństwo. Na to, by tak się stało, osłabione mocarstwo potrzebowało jednolitego kierownictwa dawnych służb, krótkowzroczności politycznej Europy i Ameryki i wysokich cen surowców energetycznych, które są w księżycowej ekonomii najwyższym dobrem. Aby to wszystko mieć, mocarstwo potrzebowało króliczka. Pędzącego, nomen omen. Króliczka, który skupi na sobie uwagę świata, króliczka, którego nigdy nie da się złapać, jak długo by się go nie goniło, a ponadto króliczka, który w kluczowym momencie zrzuci przebranie króliczka i okaże się jadowitym wężem.
Dlatego powstała wojna z terroryzmem islamskim.
Wojna z terroryzmem islamskim, jak każdy doświadczalny króliczek, przetestowana została najpierw na poligonie domowym.
Przetestowano wszystkie propagandowe środki, możliwe postawy mieszkańców i odporność własnego społeczeństwa na wprowadzanie środków eksterminacyjnych na obszarze, który opanowali „terroryści", a zaostrzonych środków policyjnych na obszarze, który „terroryści" mogli zaatakować, czyli wszędzie indziej, bo taka jest wygodna natura terroryzmu, że otwiera fronty wszędzie indziej. Test wypadł nadzwyczaj dobrze, mieszkańcy podupadłego imperium pozytywnie zareagowali na akcje służb specjalnych, które ich, w imieniu terrorystów i na chwałę testu, powysadzały w powietrze, dzięki czemu sam „terroryzm" po raz pierwszy oficjalnie pojawił się na scenie.

Krzysztof Mazur
Ten pierwsze etap, choć zakończony sukcesem we własnym kraju, nie spotkał się z powszechnym zrozumieniem na świecie, który, do tamtej pory, mózgami swoich najwybitniejszych analityków, nie uważał islamskiego terroryzmu za specjalnie możliwy, a jeśli - to niespecjalnie groźny.
I wtedy pojawił się On. Człowiek, który nigdy nie istniał zanim się pojawił, a w zasadzie istniał, ale w nowej wersji nie zadbano nawet o poprawne przepisanie jego imienia i nazwiska: Osama bin Laden. Geniusz militarny, który skutecznie przygotował atak na największe światowe mocarstwo za pomocą telefonu komórkowego, jaskini, garści diamentów, szkoleń ochotników na jednosilnikowych jednopłatach, woli i wiary. Potem poszło z górki.
|
|
Więcej…
|
|
|
Godziemba
|
|
Kluczowa dla rozwoju sytuacji w Polsce w latach 1945-1946 była decyzja o utworzeniu nowego rządu – Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej – z dominującym unistów, który zostanie uznany przez wszystkie mocarstwa. Zostanie on zobowiązany do przeprowadzenia wolnych, nieskrępowanych wyborów na zasadzie powszechnego głosowania. Sprawę doprowadzenia do wolnych wyborów w Polsce przedstawiciele mocarstw omawiali na konferencji szefów trzech mocarstw w Poczdamie.
Niestety Anglosasi nie podjęli żadnych efektywnych działań, które pozwoliłyby na kontrolę sytuacji w Polsce przez mocarstwa zachodnie. To zaniechanie prowadziło wprost do sytuacji, w której zwycięskie mocarstwa zachodnie usankcjonowały fakt, że Stalin i komuniści mieli pełną inicjatywę w uregulowaniu polityki wewnętrznej Polski. Mocarstwa zachodnie nie wymogły także żadnych zasad międzynarodowej kontroli nad przebiegiem wolnych wyborów. A przecież doświadczenia z fałszowania wyborów w ZSRS, a także tych przeprowadzonych w październiku 1939 roku na ziemiach polskich znajdujących się pod okupacją sowiecką, zmuszały do poważnych obaw co do rzetelności aktów wyborczych dokonywanych pod bagnetami Armii Czerwonej.
|
|
Więcej…
|
|
Free Your Mind
|
|
1. Wokół wizji Wyszkowskiego
K. Wyszkowski, ujmując znaczenie obrad „okrągłego stołu", stwierdził kiedyś, że cała skomplikowana gra, jaką wymyślili komuniści, wciągając starannie wybranych przedstawicieli opozycji do rozmów, służyła przede wszystkim zapewnieniu czerwonym innego miejsca w historii aniżeli mieli je narodowi socjaliści, tzn. uchronienia tych pierwszych przed uznaniem ich za zbrodniarzy (tak jak uznano hitlerowców), przed osądzeniem i przed uniemożliwieniem im jakiejkolwiek dalszej działalności. W ten sposób „okrąglak" stał się zaprzeczeniem tych postulatów R. Reagana, które wiązały obalenie komunizmu z jego sprawiedliwym rozliczeniem, a następnie posłaniem na śmietnik historii. Mając więc wcześniej pozycję lidera w walce z totalitaryzmem światowym (i narodowo-socjalistycznym, i bolszewickim), mówił Wyszkowski, mogliśmy „ferować wyroki w stosunku do obu systemów", jeśli jednak w pewnym momencie uznaliśmy czerwonych za ludzi w pełni uprawnionych do funkcjonowania w normalnym państwie, „to myśmy uratowali wszystkich komunistów na całym świecie, uratowaliśmy całą historię systemu". W ten sposób zatem „komuniści przestali być karalni w ogóle i system przestał być zbrodniczy". Wyszkowski jednak poszedł nawet dalej, konkludując, że tryumfy lewicowości na całym świecie są pośrednim efektem „okrąglakowego" kompromisu.
Dwie uwagi Wyszkowskiego w tym jego wystąpieniu z lutego 2009 r. (linki poniżej) są jeszcze warte odnotowania: 1) uchylono zatem także pytanie, na ile istnienie komunizmu stanowiło usprawiedliwienie dla istnienia narodowego socjalizmu oraz 2) wybrano nasz kraj do tego całego manewru z „aksamitną rewolucją" i „pokojową transformacją", ponieważ tylko w Polsce czerwoni dysponowali tak wielką siecią agentury w szeregach „opozycji demokratycznej". „„Okrągły stół" był wielką operacją obrony komunizmu", orzekł Wyszkowski. Jego zdaniem już w samej nazwie „opozycja demokratyczna" (pomijając sam fakt działania w niej wielu „rewizjonistów") nawiązującej do tradycji KPP - która nazywała się „opozycją demokratyczną" w okresie II RP - oraz w programie niestosowania przemocy, a ściślej, „reformowania socjalizmu", tkwiły zalążki przyszłego „kompromisu".
Wyjątkowo ciekawie brzmi też spostrzeżenie, którym z Wyszkowskim podzielił się jego ojciec (akowiec i więzień stalinowski), a które brzmiało mniej więcej tak, iż w ustroju totalitarnym niemożliwe jest działanie niejawne nawet „w podziemiu systemu" - tzn. że wszelkie suwerenne działania antysystemowe są wcześniej czy później monitorowane przez tajną policję polityczną („oni wszyscy wiedzą") albo wprost, albo za pomocą agentury ulokowanej wśród ludzi działającej przeciwko komunizmowi. Monitorowane, a następnie inspirowane lub blokowane w zależności od potrzeb i celów ludzi stojących na straży systemu opresji.

Legionista
Idąc tym tropem myślowym, należałoby uznać, że tak naprawdę, nigdy po 1989 r. w Polsce, nie udało się doprowadzić do sytuacji społeczno-politycznej, charakterystycznej dla normalnego, zachodniego państwa - samo istnienie środowisk komunistycznych w świecie polityki, nauki i kultury jest tu wystarczająco mocnym dowodem tej tezy. Oczywiście, zapewniano nas na wszelkie możliwe sposoby (werbalnie i niewerbalnie, np. pokazując instytucje europejskie, wieszając „flagi unijne" itd.), że standardy wolnego świata osiągnęliśmy dosłownie w przeciągu paru lat, tym niemniej cały czas system pozostawał rozchwiany, poddawany niemal cyklicznym wstrząsom. Zauważmy, że najpierw rozpisano wybory „kontraktowe" (swoją drogą, czy ktoś widział ten kontrakt? Jest on gdzieś spisany?), co pozwoliło gwałtownie (na dwa lata) zatrzymać jakiekolwiek próby reformy ustrojowej państwa. Mam na myśli reformę prawdziwą, nie pozorowaną (typu doczepianie korony do orła i zmiana nazwy z peerelu na „RP").
Dwa lata to był szmat czasu - nie tylko na niszczenie dokumentów, na uwłaszczanie nomenklatury, na „przemianę" czerwonych w „socjaldemokratów", ale i na takie posterowanie rynkiem medialnym, by to, co nienormalne, czyli totalny bajzel (także gospodarczy, związany z „reformą Balcerowicza") związany z „wychodzeniem z poprzedniego ustroju", stanowiło konieczny warunek „drogi do normalności". Pewne było, że w takich warunkach niemożliwe będzie ustabilizowanie się systemu politycznego, toteż gdy doszło do pierwszych wyborów „niekontraktowych", to istniało tak wielkie rozdrobnienie polityczne, iż nie było mowy, by jakakolwiek siła mogła dokonać gruntownej zmiany sytuacji w kraju. Oczywiście to rozdrobnienie było pozorne, tak naprawdę bowiem siły różowo-czerwone, które traktowały „okrąglaka" jako nienaruszalny fundament „nowej Polski", wcale nie zamierzały dokonywać jakiegokolwiek stabilizowania sytuacji, tylko dalszego urządzania się w pogłębiającym się chaosie i błyskawicznie się skonsolidowały. Z tego też powodu rząd Olszewskiego został „zablokowany" przez siły, które właściwie nieprzerwanie rządzą do dziś.
|
|
Więcej…
|
|
Andrzej Dąbrówka
|
|
We wcześniejszej gawędzie o domu tańca nie padło słowo karnawał, ale był on obecny prawie cały czas w tle.

Zabawa i melancholia
Przy takiej okazji wolno na początku postawić głupie pytanie: dlaczego ludzie się chcą bawić? Pytanie jest głupie dlatego, że uznajemy je za nieproblematyczne, gdyż naturalne są zachowania zabawowe. Poświęcono temu impulsowi niejedną rozprawę, zapewne najsłynniejszą napisał Johan Huizinga, dla którego homo ludens to wieczny eksperymentator, traktujący rzeczywistość jako pole możliwości oddane intelektualnej „zabawie”. Niestety, tak ogólne ujęcie ludycznego popędu zbliża nas niebezpiecznie do wyjaśniania sprawy hasłem „bo człowiek taki jest”. Ulegając tedy przewrotnemu nastrojowi chwili, odwróćmy pytanie: Dlaczego są tacy, co się nie bawią? Nie chcą się bawić?
Czy pytanie stało się mądrzejsze? Ale zakrawa na problematyczne. Łatwo wskażemy najbardziej znaną grupę tych, co się nie bawią, i przyczynę ich zachowania, znaną przed wiekami jako melancholia. Pomijam osobiste jej doświadczanie i patrzę, jak borykano się z zachowaniami melancholików na płaszczyźnie osobistej.
W literackich kartach do gry Schroetera i Ammana1 na jednej z kart mieszczka siedzi przy instrumencie i swoim śpiewem „powala” w kąt melancholika, który wyśmiewał jej radosne zajęcie. Grafik ośmiesza go za karę błazeńską czapką. Wiadomo z kim mamy do czynienia – Spielverderber! Kto szydzi z muzyki i śpiewu, ten pozostaje błaznem przez całe życie: der bleibt ein Narr sein lebenlang. W łacińskiej inskrypcji tytułowej – ten kto nie szanuje sztuk, nil rationis habet. Czyli jednak głupiec.
Na drugiej karcie grajkowie rzucają wręcz klątwę na melancholika, który ponoć gardzi ich sztuką: Bądź smutny na wieki!2
Tu już nawet nie widzimy na obrazku tego nieszczęśnika, został wyrzucony poza margines kulturalnego społeczeństwa. Ono zaś – przynajmniej część muzykująca – za ideał obrała sobie Amfiona, kogoś równego Orfeuszowi, a w pewnym sensie go przewyższającego. Ów bowiem potrafił graniem poruszyć drzewa i kamienie, aby za nim podążały, Amfion zaś magiczną lutnią umiał nie tylko kamienie poruszyć, ale zapędzić tak, aby się układały w mur – i tak zbudował Teby, walnie zastępując bliźniaczego brata Zetosa, który się męczył ich własnoręcznym noszeniem.
Może z powodu tego prozaicznego rysu postaci Amfiona wielcy poeci woleli pamiętać magię muzyki Orfeusza, nawet u nas pisał Kochanowski: skaczą lasy, gdy Orfeus skrzypie.
Warto było zatrzymać się nad wątkiem magii muzyki, gdyż jest w tej ambicji budowania miasta graniem na lirze ślad po średniowiecznych projektach cywilizującej roli sztuk wyzwolonych (w szczególności retoryki), opozycyjnych wobec zabiegów politycznych.
|
|
Więcej…
|
|
|
Unukalhai
|
|
Polowania na czarownice
Średniowiecze, inkwizycja, fanatyzm, ciemnota i zabobony, płonące stosy, czarownice i polowania na nie. Wojny, pożogi, nieszczęścia, epidemie. W tle złowieszczy Watykan i papieże, niczym demiurgowie tego rodzaju przyczyn i skutków. Mniej więcej takie lub podobne clichés wynosi absolwent szkoły średniej i wyższej, funkcjonującej w ramach systemów edukacji współczesnej Europy, w tym także Polski. Absolwent ów wyposażany jest w chaotyczne zbitki luźnych kojarzeń i uzbrajany w gotowe stereotypy, serwowane tak w pakiecie edukacyjnym, jak w ofercie medialnej. Absolwent wie, że gdzieś dzwonią, ale kto dzwoni, gdzie konkretnie i w jakim celu - tego może się jedynie domyślać. Wyposażony we wspomniany rynsztunek pojęciowy domyślać się może jedynie błędnie, rzadko zdając sobie z tego sprawę. W odniesieniu do obrazu ubiegłych epok historycznych najbardziej rażące jest ocenianie sposobów życia i hierarchii wartości ówczesnych ludzi poprzez pryzmat uwarunkowań właściwych dla współczesnych społeczeństw europejskiego kręgu kulturowego, zwłaszcza zaś w kontekście obowiązujących dzisiaj mód intelektualnych, podobnie jak porównywanie standardów cywilizacyjnych obowiązujących w minionych epokach do wzorca aktualnie obowiązującej wersji poprawności politycznej.

Piotr Pigoń
W poprzedniej części tego tekstu była mowa o tym, iż proces kształtowania się państw, instytucji władzy, sądownictwa, oświaty, form gospodarczych i w ogólności procesów cywilizacyjnych w średniowiecznej Europie epoki Christianitas był procesem długotrwałym, trudnym i złożonym, który kształtował się w ramach zmiennych uwarunkowań wewnętrznych i zewnętrznych; a także o tym, że procedury trybunałów inkwizycji były pierwszymi zinstytucjonalizowanymi regułami prowadzenia spraw przed sądami. Zasady prawne stosowane w procesach inkwizycyjnych, miały jako jeden z celów wyeliminowanie, przynajmniej w teorii, stosowania zasady „prawa silniejszego", a także poprzednio opisanych rozstrzygnięć loteryjnych (w przypadku tzw. „sądu bożego").
|
|
Więcej…
|
|
Grudeq
|
|
W ciągu całego mego życia noszę w sobie pewien obraz Francji. Dyktuje mi go zarówno uczucie, jak i rozum. Słuchając głosu serca wyobrażam sobie, że Francja, niby księżniczka z bajki lub Madonna z fresków ściennych, przeznaczona jest do wzniosłych i niezwykłych losów. Instynkt każe mi wierzyć, że opatrzność stworzyła Francję do niedościgłych sukcesów lub bezprzykładnych nieszczęść. Jeśli się zdarza jednak, że jej poczynania stoją pod znakiem przeciętności, odczuwam to jako absurdalną anomalię, za którą winę ponoszą błędy Francuzów, a nie geniusz Ojczyzny. Francja nie może być Francją, gdy jest pozbawiona wielkości.
Generał Charles de Gaulle
Piękne. Wspaniała deklaracja patriotyzmu. Recytowana jeszcze chętniej, gdy w miejsce Francji wstawi się Polskę... święta miłości kochanej Ojczyzny, czują Cię tylko umysły poczciwe... Ciekawe, ilu naszych polityków potrafiłoby takie słowa napisać, wypowiedzieć? Bo we mnie, i podejrzewam, że jeszcze w wielu Polakach, takie słowa gdzieś krążą. Takie myśli czasem gdzieś są wypowiedziane, przeżywane... a czy nasi politycy potrafią czasem tak o Polsce pomyśleć? Czy potrafią...
Zwróćmy uwagę na to, że de Gaulle wyraźnie rozdziela pojęcia Francja i Francuzi. Tak, aby błędy Francuzów nie obciążały geniuszu Ojczyzny. A więc zdrada i kolaboracja Vichy to wina poszczególnych Francuzów a nie Francji, która nadal pozostaje świętą i czystą. Francja musi pozostać ideą nienaruszoną. Ideą wielką, genialną. I to bardziej na Francję niż na Francuzów stawia de Gaulle.

noblog
W dzisiejszej Polsce też mamy rozróżnienie między Polską a Polakami. Ponieważ jednak całkowicie inaczej rozumie się pojęcia demokracji i państwa niż za czasów de Gaulle'a, nastąpiło pewne odwrócenie znaczenia. Polscy politycy częściej zwracają się do Polaków niż do Polski. Logicznym wytłumaczeniem jest oczywiście to, że w demokracji polityk zależy od wyborcy, stąd też jego interes musi stawiać na pierwszym miejscu. Wychodzi się z takiego założenia, że bogactwo i prestiż państwa bierze się ze szczęścia jego obywateli i to o nie trzeba dbać najmocniej. I jest to twierdzenie, z którym można się nie zgodzić.
Gdybyśmy mogli dysponować danymi dotyczącymi szczęścia obywateli Rzeczypospolitej XVIII wieku, zwłaszcza magnatów, to dowiedzielibyśmy się, że byli to najszczęśliwsi obywatele. Koniec wielkich wojen ze Szwecją, Turcją czy Rosją, może jedynie od czasu do czasu jakiś bunt czy zamieszki na Ukrainie, ale poza tym wszędzie spokój. Można więc budować swoje wspaniałe, barokowe czy rokokowe, rezydencje. Można w rezydencjach urządzać bale i uczty. Wszak podatki nie są w Polsce duże, więc jest wiele gotówki do wydania. A to, że Polska była de facto pod protektoratem rosyjskim? Przecież jesteśmy za słabi, by przeciwstawiać się rosyjskiej potędze, a poza tym czy to źle, że od czasu do czasu trzeba zakwaterować rosyjskie wojsko? Takie samo wojsko jak polskie, a przynajmniej nie z naszych podatków utrzymywane. Tak więc obywatele byli jak najbardziej szczęśliwi, ale się to absolutnie nie przekuwało na potęgę i prestiż państwa, które w ciągu 22 lat, za pomocą trzech traktatów, ze sprzeciwem tylko Powstania Kościuszkowskiego, zostało zlikwidowane.
|
|
Więcej…
|
|
Unukalhai
|
|
We wszechświecie, albo jak kto woli, w kosmosie, znana jest struktura, będąca żywą formą biologiczną, której budowa składa się w 62,8% z tlenu, w 19,4% z węgla, w 9,3% z wodoru, w 5,1 % z azotu, w 1,4% z wapnia, po 0,6% z siarki i fosforu, w 0,3% z sodu, po 0,2% potasu i chloru, w 0,04% z magnezu. Łącznie wymienione pierwiastki chemiczne składają się na 99,97% struktury wspomnianej formy organicznej. Na pozostałe 0,03% przypadają śladowe ilości innych reprezentantów układu okresowego pierwiastków, takich jak żelazo, krzem czy cynk. Otóż strukturą o wymienionych składnikach jest organizm człowieka. Oczywiście, podstawowe pierwiastki w rodzaju tlenu, węgla, wodoru czy azotu, funkcjonują w organizmie ludzkim w postaci skomplikowanych łańcuchów molekularnych, budujących krew, mięśnie, kości i całość tkanki cielesnej. Z tych pierwiastków zbudowane są białka, aminokwasy, enzymy, sole, cukry, kwasy oraz wszystko inne, po prostu całość cząstek chemii nieorganicznej i organicznej, która składa się na organizm mieszkańca kosmosu. Ten kosmita zamieszkuje obiekt astronomiczny, którego struktura skorupy planetarnej zawiera 46,3% tlenu, 28,2% krzemu, 8,3% glinu, 5,6% żelaza, 4,1% wapnia, 2,4% sodu, 2,3% magnezu, 2,1% potasu, 0,6% tytanu i 0,1% wodoru. Jednym słowem - sami starzy znajomi. Pierwiastki te są składnikami związków chemicznych, z których najbardziej rozpowszechnionymi na planecie są dwutlenek krzemu czyli najzwyklejszy piasek (42,9%), tlenek magnezu (35,1%), tlenki żelaza (9,3%), tlenek glinu (7,0%), tlenek wapnia (4,4%). Na pozostałe związki, tj. tlenek sodu, dwutlenek tytanu, tlenek chromu i tlenek manganu przypada pozostały 1,4%. Tak przedstawiają się dane, dotyczące stopnia rozpowszechnienia wymienionych pierwiastków, ale relacje uwzględniające ich strukturę wagową będą się przedstawiały inaczej, gdyż różny jest ciężar właściwy poszczególnych pierwiastków. W takim przypadku największy udział będzie miało żelazo (35,0%), następnie tlen (30,0%), krzem (15,0%), magnez (13,0%), nikiel (2,4%), siarka (1,9%), wapń (1,1%). Na resztę pierwiastków przypada 1,6%.

Legionista
Z kolei atmosfera otaczająca planetę składa się z azotu w 78,1%, z tlenu w 21,0%, z argonu w 0,9%, z dwutlenku węgla w 0,03%. W atmosferze znaleziono również śladowe ilości helu, kryptonu, metanu, tlenku dwuazotu, wodoru i ksenonu. Te śladowe ilości są całkowicie i bezdyskusyjnie śladowe, gdyż ich łączny udział wynosi ca 0,00000027%. Z kolei gwiazda ogrzewająca i oświetlająca naszą planetę zbudowana jest w 77 procentach z wodoru, w 21 procentach z helu, a na pozostałe pierwiastki (hel, tlen, węgiel, neon, azot, żelazo) przypada 2 procent. Jeśli uwzględnimy planety, gwiazdy, obłoki gazu, obłoki pyłowe i wszystkie formy materii, którą jesteśmy w stanie zbadać, wówczas struktura rozpowszechnienia pierwiastków we wszechświecie będzie wyglądała następująco: wodór stanowi jej 92,7%, hel 7,18%, a łącznie oba wymienione pierwiastki to 99,88% materii kosmicznej. Dalsze miejsca wśród najbardziej rozpowszechnionych zajmują: tlen (0,05%), neon (0,02%), azot (0,01%), węgiel (0,008%), krzem (0,002%). Poza nimi warto wymienić magnez, żelazo i siarkę, chociaż ledwo zaznaczają one swoją obecność.
|
|
Więcej…
|
|
|
|
|
|
|
najszerzej jak to...
Czytając liczne ...
ja to osobiście ...
Bardzo się ciesz...
spieszę donieś...
rozliczanie polit...
Proszę Pana, św...
wie Pan, naprawd...
Z pierwszej ręki...
casus późnego T...