|
Dzielnica Dokumentalistów i Świadków
|
Małgorzata Kosteczko
|
Mojej kochanej Matce Helenie Filasiewicz,
mojej najdroższej, kochanej Niani
Katarzynie Kozielskiej z domu Chmielowiec
– poświęcam.
W latach 50. ubiegłego stulecia, w sierpniowe popołudnie w Zakopanem w willi „Struża” (nazwa od wsi Struża koło Kraśnika, miasteczka na Lubelszczyźnie) na Małem Żywczańskiem, gdzie spędzaliśmy wakacje u mojego Wujostwa, zebrało się kilka zaprzyjaźnionych osób na pogawędkę przy podwieczorku. Typowa „czarna reakcja”. Ktoś z towarzystwa opowiedział zdarzenie, które miało miejsce w 1943 roku w Warszawie:
Pewien przerażony dozorca kamienicy odmówił pomocy chcącym się ukryć w piwnicy Żydom. Wśród obecnych zapadło pełne potępienia milczenie. Wtedy moja św. pamięci Matka, powiedziała: - Czyn człowieka przerażonego, słabego, na pewno nie zasługuje na pochwałę, ale też nie należy go za to potępiać. Bał się o życie swojej rodziny. Nie każdy nerwowo wytrzymuje taką sytuację. Nastąpiła ogólna konsternacja. - Pani to mówi? Pani przez kilka tygodni przechowywała u siebie dwunastoletnią Hajkę, Żydówkę, a następnie odprowadziła ją w bezpieczne miejsce. Dzięki pani dziewczynka ocalała! - Tak, ja to mówię, bo wiem, ile mnie to kosztowało. Pomogła mi tylko głęboka wiara i modlitwa.
Późną jesienią, chyba pod koniec listopada 1941 roku, Niemcy rozstrzelali we wsi Struża miejscowego karczmarza, Żyda Joskę, z całą rodziną. Żołnierze niemieccy odjechali po dokonaniu tej zbrodni. Ciała zabitych zostawiono na miejscu egzekucji. Z masakry ocalała jedynie jedenastoletnia córka karczmarza – Hajka. Uciekła przez pola i o czwartej nad ranem dotarła od strony ogrodu do domostwa mego Wuja. Zastukała do drzwi werandy. Moja Matka wciągnęła dziewczynkę do wnętrza holu, a następnie umieściła ją w moim dziecinnym pokoju. Powiedziano mi, że jest to poznanianka, że obie jesteśmy chore, musimy przebywać w łóżkach i nie wolno nam wychodzić z pokoju. Okno zasłonięto lnianymi zasłonami.
Byłam bardzo chorowitym dzieckiem, przyzwyczajonym do częstego przebywania w łóżku wraz z moją ukochaną szmacianą lalką, zwaną Pałubą. Kontakt mój z otoczeniem ograniczał się wówczas do kontaktu z moją Matką, ciotką Marychną – właścicielką domu oraz Nianią Katarzyną. W zasadzie zajmowała się mną moja Niania. Matka zadecydowała, że przechowa Hajkę, ale świadoma niebezpieczeństwa jakie zawisło także nad Nianią, chcąc ją chronić poleciła jej, żeby jak najszybciej opuściła nasz dom i wyjechała do swojej rodziny do wsi Wola Baranowska koło Baranowa Sandomierskiego. Hrabia Jan Zamojski mógł w każdej chwili wystarać się u władz niemieckich o przepustkę dla Niani na wyjazd. Niania rozpłakała się i odmówiła wyjazdu. Została, żeby pomóc mojej Matce opiekować się nami.
Pomoc Niani okazała się bezcenna. Nikt nie mógł się dowiedzieć, że w pokoju dziecięcym poza mną przebywa inna dziewczynka. Z osób posługujących tylko Niania wchodziła do pokoju dziecięcego. Utrzymywano, że pielęgnuje chorą „panienkę”.

Niania – Katarzyna Kozielska z d. Chmielowiec
Hajkę pamiętam słabo. Nie chciała bawić się ze mną, ale nie dokuczałyśmy sobie. Hajka miała bardzo semicki wygląd. Pamiętam, jak Mamusia razem z Nianią usiłowały wodą utlenioną zmienić kolor jej włosów. Przyglądałam się tej scenie z zaciekawieniem. Po tym zabiegu włosy Hajki stały się rude i było jeszcze gorzej.
|
|
Więcej…
|
|
Free Your Mind
|
|
[1]
„Pierwszy dzień rozprawy 16.I.1951 r.
Przew: Otwieram posiedzenie Wojskowego Sądu Rejonowego w Krakowie. (...)[2]
Akt oskarżenia: (...) W walce z postępem i demokracją elementy reakcyjne, a w tej liczbie niektórzy przedstawiciele kleru, stosują najbardziej podstępne i przewrotne metody. Wrogo nastrojeni do Polski Ludowej księża, wykorzystując swe duszpasterskie stanowiska, organizują wśród nieuświadomionej młodzieży nielegalne związki antypaństwowe, kierując ich działalność na tory bandytyzmu i grabieży.
Do tej części reakcyjnego kleru należą oskarżeni - ksiądz Oborski Piotr i ksiądz Gadomski Zbigniew, organizatorzy i kierownicy bandyckiej grupy, działającej w ramach nielegalnej organizacji pod nazwą „AP" („Armia Polska"). Banda ta grasowała w okresie od 1948 do 1950 r. głównie na terenach województwa krakowskiego. Oskarżeni księża Oborski i Gadomski prowadzili wśród podległych sobie szeregów organizacyjnych akcję demoralizacji młodzieży doprowadzając ją do zdziczenia moralnego i zupełnej utraty poczucia etyki ludzkiej. Najbardziej jaskrawym objawem destrukcyjnej roli oskarżonych księży Oborskiego i Gadomskiego było dokonanie pod ich kierownictwem licznych napadów rabunkowych i skrytobójczych morderstw, z których najbardziej wstrząsający i ohydny był mord dokonany na osobie piętnastoletniego chłopca - Grabińskiego Waldemara.

W okresie od połowy 1949 r. do wiosny 1950 r. na terenie powiatów olkuskiego i miechowskiego, województwa krakowskiego, zostały dokonane liczne napady rabunkowe na miejscowe sklepy spółdzielcze oraz skrytobójcze morderstwa na osobach działaczy demokratycznych; i tak w dniu 2 czerwca 1949 r. w bestialski sposób zamordowany został członek PZPR, nauczyciel szkoły powszechnej w Jeżówce - Seweryn Władysław, a w dniu 2 kwietnia 1950 r. na szosie pomiędzy Bydlinem a Ligotą znaleziono zwłoki zamordowanego funkcjonariusza MO - kaprala Kamionki Władysława.
W toku przeprowadzonych przez organa bezpieczeństwa publicznego dochodzeń ustalono, że na terenie województwa krakowskiego działała od dłuższego czasu bandycka organizacja pod nazwą „AP". W wyniku przeprowadzone akcji w okresie kwietnia 1950 r. aresztowani zostali oskarżeni objęci niniejszym aktem oskarżenia.
|
|
Więcej…
|
|
|
Andrzej Leja
|
|
Wstęp
Mój Ojciec mówił o sobie z dumą, że pochodzi z Podola. „Jestem chłopak z Podola. Wykrzykiwałem brzydkie hasła najpierw na Hitlera, a później na Stalina!" Słyszę te ojcowskie słowa wciąż jeszcze w uszach, gdy Go wspominam. Urodził się w Stanisławowie (dzisiejszy Iwano-Frankowsk). Gdy w 1943 roku cała rodzina Lejów ledwie uszła z życiem przed okrutną rzezią, którą zgotowali Polakom Ukraińcy („rizać Lachiw"), moi dziadkowie wraz z trojgiem dzieci zamieszkali w Łodzi. Wiele lat później, gdy ojciec pokazywał mi swój dowód osobisty, widziałem w nim napis: urodzony w ZSRR. Dla ojca był to zawsze zapis haniebny! Również z tego powodu tak bardzo nienawidził czerwonych, którzy nie pozwolili mu być dumnym z miejsca swoich narodzin.
Po latach, gdy pojawiła się możliwość nauczycielskiej pracy na Ukrainie, nie wahałem się ani przez moment. Podjąłem pracę w Instytucie Słowianoznawstwa w Równem. Wieczorami zaś w Towarzystwie Kultury Polskiej mogłem uczyć języka polskiego i literatury miejscowych lekarzy, nauczycieli języka polskiego, uczących w tutejszych szkołach, oraz liczna grupę dzieci i młodzieży. Zauważyłem, iż wśród nauczycieli piękną polszczyzną wyróżnia się Pani Irena Kotwicka. Już wkrótce dowiedziałem się dlaczego.

KaNo
Zostałem zaproszony do Kostopola (miasto ok. 30 km od Równego), gdzie mieszkała rodzina Kotwickich. Tak właśnie poznałem mamę nauczycielki, Panią Walentynę Kotwicką (proszę Pana, na imię naprawdę miałam Władysława, ale za Stalina my się bali, że nas Polaków zamkną lub wywiozą na Sybir, więc my pomienili imiona. Nazwiska nie, bo to by było jak wyrwanie serca czy duszy...).
Pani Walentyna okazała się być dzielną Polką, która jakoś przeżyła stalinowskie piekło, wychodząc za mąż za Rosjanina. Przepracowała wiele lat w Kostopolskim Urzędzie Skarbowym. Gdy tylko powstała wolna Ukraina, wróciła wraz z córką do swojego polskiego nazwiska. Rozpoczęła też kilkuletnie starania o wybudowanie polskiego katolickiego kościoła w Kostopolu (przez cały ten okres msze święte odbywały się w domu Kotwickich!). Gdy w Równem pojawił się polski ksiądz Czajka, wspólnymi siłami udało się wybudować kościół w Kostopolu.
Gościna u Państwa Kotwickich była skromna (pamiętam smak ukraińskiego barszczu i bardzo suchy, żółty ser popijany piwem) i bardzo serdeczna. Pani Walentyna miała u siebie jeszcze jednego specjalnego gościa, zaproszonego na okoliczność wizyty polskiego nauczyciela w ich domu. I tak poznałem Dwojrę Chaimiwną Szczetinkową (z domu Woszczyna), polską Żydówkę. Jak sama mówiła o sobie, Polkę urodzoną w ZSRS. I to dzięki niej i dzięki Pani Walentynie Kotwickiej mogłem poznać jej wstrząsające wojenne losy, niezwykłe przeżycia polskiej Żydówki, którą - jak sama mówi - uratował cud. I wspaniali, bohaterscy Polacy.
Historia, którą Państwo poznacie, nigdzie nie była jeszcze drukowana. Zachowała się w strzępach notatek, moich i Pani Kotwickiej. POLIS Miasto Pana Cogito wydaje się ze wszech miar miejscem godnym tej niezwykłej historii.
Zapraszam do lektury.
|
|
Więcej…
|
|
|
Coryllus
|
|
Opowieści o tym, jakoby hrabia z Uładówki zastrzelił się srebrną kulą, ponieważ uważał, że jest wilkołakiem, który dybie po nocach na niewinne istoty wędrujące przez dworski park i okoliczne pola, wymyślił ktoś długo po jego śmierci. Ta zaś nie wyglądała wcale tak, jak chcieli to widzieć poeci i literaci skłonni do romantycznych egzaltacji. Według nich człowiek potrafi przed śmiercią przygotować starannie broń, udać się do kaplicy tuż po wieczornej mszy i poprosić księdza, zdejmującego ornat w asyście ministrantów, o poświęcenie srebrnej kuli. Ujmujące to wizje, ale całkiem nieprawdziwe. Nikt, nawet pan hrabia z Uładówki, nie mógłby tuż przed śmiercią zachować się w taki sposób. Człowiek, który postanawia umrzeć, jest bowiem tak samo przerażony tym co będzie potem, jak wszyscy ci, którzy umierać nie chcieli, a których wrzucono w wielki dół śmierci przemocą. Tak więc pan hrabia nie usiadł przy nakrytym białym obrusem stole w jadalni, nie spojrzał przed strzałem na portrety przodków i nie przeżegnał się.
Najpierw długo, w samej koszuli, błąkał się po domu w poszukiwaniu pistoletu. Przerażona i dobrze znająca swego pana służba pochowała bowiem przytomnie całą broń, która była w pałacu. Kiedy wydawało się, że pan hrabia nic nie znajdzie i wściekłość, przerażenie oraz gniew na samego siebie miną w końcu, wygrzebał, jak na złość, gdzieś w lamusie stary pistolet. Hajducy twierdzili potem, że był to raczej samopał, z którego bardzo trudno było wystrzelić. Hrabiemu jednak się udało, ponieważ zawsze udawało mu się wszystko, czego się podjął.
Nie było także żadnej srebrnej kulki, oderwanej rzekomo od wieczka cukiernicy i opiłowywanej latami w czasie licznych podróży po świecie i długich zim spędzanych w Łańcucie i Uładówce. Z tym starym pistoletem w dłoni, krzycząc bez przerwy i złorzecząc wszystkim, biegał pan hrabia po schodach i pałacowych korytarzach w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby posłużyć za kulę. Wreszcie znalazł. Była to brudna, zmatowiała kulka z żelaza, której wcześniejsze przeznaczenia nie były nikomu znane.
Śmierć pana hrabiego nie była ponurym misterium pełnym tajemniczego piękna, było to raczej gwałtowne zejście pełne krzyku, wydzielin ciała, protestów i płaczu kobiet czeladnych. Pan hrabia groził domownikom i służbie nabitą bronią, aż wreszcie pozwolono mu zatrzasnąć drzwi pokoju. Potem padł strzał. Hajduk, który pierwszy wpadł do komnaty, żeby sprawdzić, czy da się jeszcze uratować pana, wybiegł stamtąd blady jak płótno, zakrywając usta wielką dłonią. Wezwany z Winnicy medyk tylko pokręcił głową, gdy zobaczył ciało leżące na podłodze. Pośmiertny wygląd Jana Nepomucena Potockiego daleki był od tego, do czego przywykły oczy doktora. Hrabia, wbrew uładzonym wersjom wydarzeń, nie włożył lufy pistoletu do ust i nie pociągnął za spust. Wbiegł po prostu wściekły i blady do swojej sypialni i - nie czekając na nic - wypalił sobie w twarz z bliskiej odległości. Leżał potem na podłodze w surducie narzuconym na koszulę nocną, bosy, z poskręcanymi stopami i kolanami, sterczącymi jak białe głazy przy sycylijskich i marokańskich drogach. Pochowano go w sieni kościoła w Pikowie. Pogrzeb był cichy i wstydliwy. Było to pierwszego stycznia 1815 roku, jeśli oczywiście liczyć daty według kalendarza gregoriańskiego.
Wracając do kraju rodzinnego, którego nie znał, jaśnie oświecony pan hrabia Jan Nepomucen Potocki, ulubieniec dam, lew salonów i król życia, który z młodzieńczą werwą i zapałem uwierzył w możliwość kształtowania nowego, lepszego człowieka za pomocą filozofii i nauki, zatrzymał się był na krótki czas w Niderlandach. Był to niespokojny moment, rok 1787, kiedy to mieszczanie z Amsterdamu i Hagi postanowili wytłumaczyć swojemu sztadhuderowi, że nie chcą już, by dłużej nimi rządził. Pan hrabia patrzył z sympatią na wolnościowe aspiracje mieszczan, które popierał i wspomagał nawet finansowo. Jego twarz zbladła jednak nieco, kiedy dane mu było ujrzeć, w jaki sposób domagają się mieszczanie poszanowania swoich praw i jak traktują tych spośród wiernych sztadhuderowi, którzy mieli nieszczęście wpaść w ich ręce. Obserwacje, które wtedy poczynił, kazały mu zwątpić w słuszność i metody rewolucji. Nie na długo jednak. Kiedy sztadhuder wezwał na pomoc Prusaków, którzy przywrócili porządek w prowincjach, pan hrabia stał się na powrót zwolennikiem reform i swobód dla wszystkich stanów. Widok pruskich żołnierzy na ulicach, a nie byli to już „połykacze ognia" wyszkoleni przez starego Fritza, tylko ludzie traktowani o wiele łagodniej, sprawił, że hrabia nigdy, nawet w czasie, gdy polski obóz patriotyczny postawił na Prusy, nie dał się zwieść mirażom tworzonym przez berlińskich polityków. Jedno doświadczenie wystarczyło, by pozbawić Potockiego złudzeń.
|
|
Więcej…
|
|
|
|
|
|
|
najszerzej jak to...
Czytając liczne ...
ja to osobiście ...
Bardzo się ciesz...
spieszę donieś...
rozliczanie polit...
Proszę Pana, św...
wie Pan, naprawd...
Z pierwszej ręki...
casus późnego T...