Brama Wjazdowa

U Bramy
Wartownicy
Souvenir

Wiza wjazdowa

Wędrowiec zapomniał hasła?
Wędrowiec zapomniał nazwę?
Wędrowiec chce założyć konto?

Archiwum

Smoleńsk 2010

PayPal

Dziękujemy Państwu za finansowe wsparcie Miasta

Kwota: 

Najnowsze komentarze

Odsłon : 1052381
Dzielnica Krytyków
„Liczba 23”
Free Your Mind   
Każdy, kto zna Jima Carreya z tak głupkowatych filmów, jak komedie z jego udziałem, może  mieć poważne wątpliwości, czy jest to aktor mogący zagrać sensownie w jakimś sensownym obrazie, nawet jeśli całkiem nieźle wypadł on w „Truman Show” (1998) czy w nieco psychodelicznym „Zakochany bez pamięci” (2004) (psychodeliczności dodaje koszmarny, moim zdaniem aktor, Elijah Wood z tymi swoimi wyłupiastymi oczami bez wyrazu – nie wiem, przyznam szczerze, kto wpadł na to, że ktoś z taką twarzą może odtwarzać rolę Frodo we „Władcy Pierścieni”, no ale mniejsza z tym).

Zdaję sobie sprawę z tego, że mało kto już reaguje na hasło „wyjątkowy” - ja jednak z pełną powagą, z całkowitym przekonaniem i z wielkim respektem o filmie „Liczba 23” (2007) z głównym udziałem właśnie Carreya (oprócz niego fenomenalna wprost Virginia Madsen, siostra Michaela Madsena, nawiasem mówiąc) powiem, że jest on wy-ją-tko-wy. Mnóstwo filmów w swoim życiu obejrzałem i doprawdy nie jest łatwo mnie zaskoczyć (od razu zaznaczam, że zupełnie nie cenię takich reżyserów jak P. Almodovar czy inni lewaccy „łamacze tabu”), ten jednak, o którym chcę poniżej parę słów napisać, niesie ze sobą całą masę zaskoczeń – zarówno estetycznych, jak i fabularnych.

Osobom, które jeszcze nie widziały „Liczby 23” odradzam w tym miejscu dalszą lekturę, ponieważ w pewnej mierze będę ujawniał to, co kryje w sobie scenariusz filmu, a w ten sposób pozbawię te osoby przyjemności obcowania naprawdę z wielkim dziełem i odkrywania go osobiście. Obraz jest skonstruowany wprost olśniewająco, od pierwszych sekund po ostatnie – gra aktorska jest na najwyższym poziomie, a zdjęcia zapierają dech – znakomicie skonstruowane są nawet napisy początkowe (zmieniające się litery na papierze maszynowym i krople czerwonego atramentu), a muzyka (Harry Gregson-Williams) skorelowana i z nimi, i z całym obrazem, stanowi dodatkowy atut całego utworu. Niestety na płycie z soundtrackiem nie ma wszystkich kompozycji, które pojawiają się jako tło, gdy się ogląda „Liczbę 23” (reż. Joel Schumacher), no ale zawsze można sobie siąść i oglądać film ze słuchawkami na uszach, zwłaszcza że wersje na płycie różnią się od tych filmowych. Warto w tym miejscu dodać, że na samym końcu „Liczby 23” wybrzmiewa niesamowity utwór śpiewany przez Davida Sylviana pt. „Banality of Evil” (tej piosenki trzeba szukać na płytach Sylviana i Nine Horses – jak będę kiedyś robił radio, to na pewno będzie ona należała do zestawu obowiązkowego :), no ale to tak znów na marginesie). Sama oprawa muzyczna „Liczby 23” stanowi bardzo oryginalne połączenie klasycznego instrumentarium orkiestrowego z technologią charakterystyczną dla muzyki nowoczesnej, momentami takiej jak jungle (na mnie Gregson-Williams zrobił piorunujące wrażenie, po dziś dzień nie mogę się oderwać od tej płyty).

Opowieść dotyczy, jak można by sądzić z pozoru, zwykłego mężczyzny, Waltera Sparrowa, który wykonuje niezbyt wdzięczny i niezbyt wyrafinowany zawód hycla. Historia zaczyna się zupełnie niewinnie, jak Sparrow zostaje pogryziony przez jednego psa, którego nie udaje mu się złapać i który prowadzi Sparrowa na cmentarz do grobu jakiejś zmarłej kobiety, zaś małżonka Agatha na urodziny Williama kupuje mu (23 grudnia) nieco zużytą książkę pt. „The Number 23” autorstwa niejakiego Topsy Kretts :).

Sparrow, zaczytując się z czasem w tej powieści (reżyser wciąga w nią także widza za pomocą kolejnej opowieści – zdjęcia przenoszące nas w świat „dodatkowej” fikcji są fantastyczne, nieco baśniowe, nieco oniryczne), nabiera przekonania, że jego własne życie jest jakoś na kartach książki w tajemniczy sposób pochwycone.

Tak to się rozkręca, choć tak naprawdę, im więcej wiemy wraz z głównym bohaterem, który zachłystuje się literacką wizją, tym więcej pojawia się znaków zapytania – kto może być autorem tekstu i co tak naprawdę przekazuje czytana przez Williama powieść, zwłaszcza że sam Sparrow zaczyna nabierać cech bohatera swojej lektury i przejmować się koncepcją głoszącą, że liczba 23 jest jakimś wszechobecnym elementem struktury rzeczywistości. Im głębiej wchodzimy w całą tę pokręconą historię, tym bardziej jesteśmy skołowani wraz z głównym bohaterem. Nie chcę jednak zdradzać całej fabuły i rozświetlać mroków historii opowiedzianej w  „Liczbie 23”, mogę tylko powiedzieć tak, że ja ten film oglądałem już parokrotnie i za każdym razem jestem pełen podziwu dla kunsztu jego twórców. Polecam. No i tak przy okazji, uwaga na 23 :)