|
Z zaskoczeniem przeczytałem artykuł prof. A. Nowaka z „Arcanów", w którym stawiana jest teza, że mediokracja wyparła w Polsce realnie uprawianą politykę, a w czasach nowej pieriekowki na świadomość obywatelską i sprzeciw wobec bezprawia nie ma już szans. Publikacja tego tekstu zbiegła się niemalże z podpisaniem przez Benedykta XVI dekretu o heroiczności cnót Jana Pawła II i męczeństwie ks. Jerzego Popiełuszki. W tej sytuacji należałoby raczej podnieść przyłbicę, a nie ją opuszczać, sądzę. Jeśli bowiem mediokracja miałaby zlikwidować nasze myślenie o sanacji państwa, o republikańskim ustroju, o odnowie moralnej i wprowadzeniu praworządności w miejsce ojczyzny kolesiów i sitw - to by znaczyło, iż jesteśmy narodem przypadkowym, któremu ponad tysiącletnia kultura przytrafiła się na zasadzie ślepego trafu i którego poświęcenie, walkę z agresywnymi sąsiadami, opór wobec okupantów, należałoby potraktować jako szaleństwo i głupotę.
Cóż to wszak jest ta mediokracja czy też „kult PR-u", tak przerażający Nowaka? To przecież jest po prostu kreowanie pewnej rzeczywistości za pomocą mediów. Potrzeba do tego trochę sprzętu, trochę aktorów i statystów, prądu, dekoracji i propagandowych tekstów. Oczywiście elementem mediokracji są pudła rezonansowe, które w każdym komercyjnym i publicznym środku przekazu, w każdym mieście nagłaśniają to, co wysłano w eter z centrali. Do złudzenia ta infrastruktura przypomina machinę komunistycznej indoktrynacji działającą przez ciemne dekady peerelu, zresztą w roli pudeł rezonansowych występują niejednokrotnie te same osoby i ośrodki, które zajmowały się sowiecką indoktrynacją w okresie „kraju węgla i stali", jak choćby komunistyczna „Polityka" czy też dziennikarze, co swe najlepsze szlify brali we wczesnych latach 80. w czerwonych środkach przekazu, kiedy to praca w mediach wiązała się z przejściem procedury „weryfikacji". W III RP zresztą już na starcie zadbano, by rynek medialny został w taki sposób „zrewolucjonizowany aksamitnie" (zgodnie z wymogami „historycznego porozumienia"), a więc odzwierciedlał „układ sił", zgodnie z którym wszelkie prawicowe oszołomstwo gnieździło się gdzieś na marginesach lub przemieszczało opłotkami, zaś głównymi graczami byli „oświeceni demokraci" ze stajni Geremka i Michnika - i nieco mnie oświeceni, ale zawsze lepsi od antykomunistycznego oszołomstwa, „socjaldemokraci", co to wprawdzie jeszcze niedawno zabijali księży i opozycjonistów, a do protestujących cywili strzelali z użyciem amunicji, ale po jakimś czasie zmyli krew ze swych rąk, schowali mundury, włożyli garnitury i nie tylko siermiężne samochody, ale nawet zęby sobie na ładniejsze wymienili, czym od razu wzbudzili większe zaufanie na salonach. Na tym jednak się nie skończyło, rynek medialny odzwierciedlający „porządek pookrągłostołowy" zajął się z marszu „zabezpieczaniem stanu posiadania", czyli zwalczaniem wszystkich tych, którym „transformacja" się nie spodobała oraz Kościoła katolickiego. W ten sposób już w pierwszej połowie lat 90., tj. gdy czerwoni tryumfalnie powrócili do władzy w 1993 r., a następnie, gdy Kwaśniewski został prezydentem, środki przekazu zachowywały się tak, jakby całe „obalenie komunizmu" było jedną wielką mistyfikacją i jakby peerel trwał w najlepsze. Nasłuchałem się wtedy wiele „Polskiego Radia", które (podobnie jak potem za rządów Millera) do upadłego przeprowadzało „wywiady" z przedstawicielami komunistycznego rządu i partii komunistycznej, rozpływając się w zachwytach nad postępami „polskiej demokracji".

KaNo
Walka z „państwem wyznaniowym" prowadzona jednak była nie tylko przez komunę (która wracała do swych „najlepszych" bolszewickich tradycji), ale i przez „różowych", którzy z czasem tak się zaczęli do czerwonych przytulać, że ciężko było jednych od drugich rozróżnić (dopiero musiała ich rozdzielić „afera Rywina", by „czasy kaczyzmu" ich na nowo pojednały; tym razem już trwale). Gdy w maju 1995 r. na chwilę pojawił się w Polsce Jan Paweł II, powiedział m.in. „Pod hasłami tolerancji, w życiu publicznym i w środkach masowego przekazu szerzy się nieraz wielka, może coraz większa nietolerancja. Odczuwają to boleśnie ludzie wierzący. Zauważa się tendencję do spychania ich na margines życia społecznego, ośmiesza się i wyszydza to, co dla nich stanowi nieraz największą świętość."
Nie brzmi to znajomo? Polska już wtedy była w tyglu pieriekowki (w 1996 r. czerwoni po ogólnopolskiej „debacie" pchnęli zmiany w ustawie aborcyjnej) i dopiero VI pielgrzymka papieska (pod hasłem „Chrystus wczoraj, dziś i na wieki") przywróciła naród do jako takiej równowagi, bo przecież po pielgrzymce z 1991 r. przypominającej Polakom Dekalog, media różowo-czerwone wszczęły wojnę z „państwem wyznaniowym". Padły też wtedy (tj. w 1997 r.) słowa znamienne o tym, iż nie będzie Europy, jeśli się nie stanie ona „wspólnotą Ducha" - dziś możemy powiedzieć, że widzimy na własne oczy, iż tą wspólnotą stary kontynent na pewno nie jest, a ostatnie antykatolickie, spektakularne akcje we Włoszech czy Hiszpanii pokazują, czego możemy się w tym względzie (budowania wspólnoty) spodziewać.
|
najszerzej jak to...
Czytając liczne ...
ja to osobiście ...
Bardzo się ciesz...
spieszę donieś...
rozliczanie polit...
Proszę Pana, św...
wie Pan, naprawd...
Z pierwszej ręki...
casus późnego T...