|
Dzielnica Krytyków
|
Zbigniew Chojnowski
|
|
Patronem pobytów Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego na Mazurach, jak i w ogóle ostatnich lat jego życia, uczyniono Jana Kochanowskiego. Pamięć o staropolskim poecie trwała w Polsce powojennej niezależnie od koniunktur ideologicznych i ustrojowych. Przystosowywano go do nowych czasów. Mimo urzędowo narzuconych i kolektywnie przyjętych zasad socjalizmu realistycznego, klasyka literatury odpowiednio przycięta i „słusznie" zinterpretowana w tamtym czasie była dobrze widziana i wydawano ją. Wielcy poeci i pisarze dawnych epok byli twórcami „narodowej formy". A jak napisał Józef Wissarionowicz Stalin, literatura epoki komunizmu musiała mieć właśnie „narodową formę" i zawierać „socjalistyczne [czytaj: bolszewickie] treści". To hasło propagowała w Polsce lat 1949-1955 np. Melania Kierczyńska.
Gałczyński w „Spotkaniu z matką" jakby lokuje Kochanowskiego na Mazurach, który tu zgubił „złotą rękawiczkę", tu wyczarowywał piękne pejzaże za pomocą łyżki-różdżki, tu stał się kronikarzem pracy rybaków (wiersz był pisany mniej więcej w tym samym czasie co „Kronika olsztyńska", tj. podczas pierwszego pobytu w Praniu - w roku 1950 przypadała 420. rocznica urodzin Jana z Czarnolasu):
jesień to skrzypce potłuczone,
bezradna myśl nad śmiercią smyczka,
zima to plecy twoje białe,
lato - jak złota rękawiczka,
którą porzucił w sadzie Jan,
ten Kochanowski, co mu łyżką
wystarczy stuknąć, a już wszystko
tańcuje, niebo się otwiera,
niebo niebieskich pełne piór,
truchleje wilk, basuje bór
głosem Szekspira i Homera.
Ze srebrnych, księżycowych jezior
delfin wysuwa ucho, jesiotr
słuchaniem skraca sobie pobyt.
A z lasu truchcik sarnich kopyt.
Z rybackich ognisk bucha dym,
skwierczy na sadle płotka żółta -
to w wierszach Jana tak. I w nim
zakotwiczona moja nuta;
i wszystkie, wszystkie, rytm i rym,
i księżyc, mój ubogi kuzyn,
co na telegraficznych drutach
nocą nabija sobie guzy.
But zgubił. Choć jest cały światłem,
we łbie rozumu ani szczypty.
I nieskończonym sznurowadłem
wplątał się w moje manuskrypty.[1]
Rzekomy pobyt Jana z Czarnolasu na Mazurach jest całkowicie wymyślony. Także w słuchowisku napisanym podczas pierwszego pobytu w Praniu pt. „Wyspa Jana Kochanowskiego" (wspomina wyżej rocznica zobowiązywała). W Dedykacji, która jest swego rodzaju inwokacją do „Niobe", Gałczyński jako czeladnik u Kochanowskiego ten swój koncert ciemny[2] niejako zdeponował w olsztyńskich lasach, czyli w Puszczy Piskiej (olsztyńskie lasy w rzeczywistości rozpościerają się na Warmii, ok. 100 km na północny zachód od Prania, gdzie mieści się słynna od dziesiątków lat leśniczówka-muzeum). Właśnie „zdeponował", a nie napisał. „Niobe" w swej zasadniczej części powstała jeszcze pod koniec 1949 r. - w grudniu Gałczyński przekazał poemat Jerzemu Borejszy, redaktorowi naczelnemu „Odrodzenia", który dyplomatycznie uznał utwór za zbyt skomplikowany, a więc nieodpowiedni do druku w gazecie.
|
|
Więcej…
|
|
|
Bronisław Bartusiak
|
|
Uwaga wstępna do Czytelników. Ponieważ tekst poniższy to taka gawęda o książkach, przy rozświetlonej choince i w kameralnym gronie, pozwolę sobie na zwracanie się do Was per „ty". Nie oznacza to w żadnym razie braku szacunku z mojej strony.

KaNo
Nadchodzą święta. Właściwie to już je chyba mamy. Gdyby mierzyć nastrojem z hipermarketów, zaczęły się już na początku Adwentu. A może tu i ówdzie jeszcze wcześniej. Cóż, zostawmy stado grubych, rubasznych facetów odzianych na czerwono, z siwą, bujna brodą i uśmiechniętych od ucha do ucha. (I świąteczne szaleństwa z zakupami, bardzo adwentowe, jak sądzę). Ach, nie wiem dlaczego nazywa się ich (go?) św. Mikołajem. Ten ostatni był, o ile wiem, biskupem, więc ubierał wyglądał chyba inaczej. No i inaczej się zachowywał. A pomijając już nawet kwestię biskupstwa, pochodził z południa, więc raczej reniferów do powozu, czy czym tam, jeśli w ogóle jeździł, nie zaprzęgał. Czas biskupa Mikołaja też minął, prezenty porozdawał na początku grudnia. I skoro o książkach mowa, skoro nam się św. Mikołaj myli z jakimiś przerośniętymi krasnalami (z całym szacunkiem dla krasnali) może warto wziąć do ręki cieniutką książeczkę Zofii Kossak-Szczuckiej, „wielkiej zapomnianej" polskiej literatury, i pogrążyć się w lekturze zbioru opowiadań „Szaleńcy Boży". Znajdziemy wśród nich również nieśmiałego Mikołaja, którego podejrzewano o hulaszczy tryb życia i trwonienie ojcowizny, a który - jak się okazało - darowywał biednym, zwłaszcza dzieciom, podarunki niezbędne do życia. „Znacie? To posłuchajcie". Uroku opowieść ta nie straci. Wręcz przeciwnie. A potem może zainteresują Was inni szaleńcy Boży; pojęcie „jurodiwyj" znane jest także we wschodnim chrześcijaństwie i ma mocniejsze niż u nas znaczenie. O jeszcze jednym wspomnieć trzeba. O języku. Archaizującym, obecnie wręcz „archaicznym", ale rzadkiej piękności. Niełatwy on może być w lekturze dla kogoś, kto z historią nie miał wiele do czynienia, ale warto się z nim zmierzyć. Zakosztować go. (Tak przy okazji, czy znacie może piosenki Jacka Kowalskiego? Nie, to zapraszam. YouToube pomoże. W końcu jesteśmy potomkami Sarmatów. Kto zacz, owi Sarmaci? Odsyłam do piosenek i nie tylko). Język zachowuje całą swą urodę. Nic z zaduchu muzeum. A jak pisarka umie opowiadać. Żadnych gier językowych, zabaw literackich... Blisko jej do gawędy nawet... No a jeśli ktoś zasmakowałby w tych opowieściach, może sięgnąć po inne. Może po „Błogosławioną winę", czyli rzecz o tym, jak to gwałtownicy osiągają Królestwo Niebieskie; dla zwolenników kina akcji, którzy jeszcze czytają. Albo „Bez oręża", dla zwolenników wielkich opowieści historycznych; w tej głównym bohaterem jest niejaki Francuzik, tzn. Franciszek, Biedaczyną również zwany. Romanse, polityka, namiętności intrygi, krucjaty... i osobista „wojna" kolejnego Bożego Szaleńca.
No tak, historia i religia. To może dla odmiany sięgnijmy po dwie powieści Jeana Raspaila, francuskiego pisarza i podróżnika. „Obóz świętych"? Nie, nie. Ta odkryta na nowo powieść wywiera na wielu ogromne wrażenie, ale cóż... Limit złośliwości i krytyk przyznano mi niewielki, skoro Boże Narodzenie tuż-tuż, i już go wyczerpałem. Więc po prostu podam tytuły: „Pierścień Rybaka" i „Król zza morza". Coś jakby rozpisana na dwa głosy „Tiara i korona" Teodora Jeske-Choińskiego, powieść o wielkim konflikcie (tak, konflikcie, nie tam żadnym sojuszu) Tronu z Ołtarzem. Tyle, ze Raspail nas prowokuje. Najwyraźniej. Jak? Zacznijmy od drugiej powieści. Właściwie jakby zbioru listów. Do króla Francji. Nie, nie do pretendenta do tronu, tylko króla Filipa VII Faramunda. Jak się toczą jego losy? Raspail pokazuje różne warianty. Chociażby i taki, że na pewnej małej wysepce u wybrzeży Francji powiewa flaga z liliami, a dostarczony prasie komunikat mówi o objęciu tej wyspy w posiadanie... przez króla. Francji. Dopowiem, że dysponuje on tylko garstką młodych ludzi, uzbrojonych w przestarzała bron. I oto Republika reaguje bezwzględnie. Nie pierwszy raz. Jeśli dla kogoś Wandea jest tylko nazwą, niech sięgnie po książkę Raspaila. Niewiele tam o tej strasznej historii, kiedy to w imię Wolności, Równości i Braterstwa dokonano ludobójstwa. Ale poczytać warto. I jeszcze „Pierścień Rybaka". O wielkiej zachodniej schizmie, papieżach i anty papieżach, ludzkich namiętnościach i wierności temu, co ludzi przerasta, ale nadaje życiu sens. Lepsza niż w sumie mdłe opowieści o spiskach watykańskich hierarchów, Opus Dei czy kogoś tam jeszcze. Zakorzeniona w historii, bezlitosna. Pokazująca, jak trudno odnaleźć prawdę, ale nie popadająca w relatywizm. Dla zwolenników i przeciwników papiestwa. No starczy mego zachwalania, bo zniechęcę ewentualnych zainteresowanych.
|
|
Więcej…
|
|
Wioletta Sobieraj
|
|
Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.
Znana i ceniona polska pisarka, najczęściej tłumaczona i wydawana za granicą, napisała kolejną powieść. Tym razem, jak sama ją nazywa, jest to thriller moralny. I rzeczywiście - trudno odmówić autorce racji, ale w zupełnie innym kontekście, niż by sobie tego sama życzyła. Z kartek jej książki, owszem, wieje grozą, niestety nie z powodu sprawnie poprowadzonej akcji, pełnej mrocznych meandrów i zwrotów, tajemniczej atmosfery, barwnych, pełnokrwistych postaci, bo te zdecydowanie wypadły blado, ale z powodu braku rzemieślniczych umiejętności w konstruowaniu takich powieści, a określenie „moralny" zakrawa na kpinę, zwłaszcza w odniesieniu do działań głównej bohaterki - Janiny Duszejko - obrończyni zwierząt i jedynej sprawiedliwej na całym Płaskowyżu w Kotlinie Kłodzkiej z licencją na..., ale na co - to zostawiamy już dociekliwemu czytelnikowi, który niezrażony tą recenzją postanowi przeorać się przez to kuriozalne dzieło.
W swojej powieści autorka postanowiła rozprawić się przede wszystkim z myśliwymi, którzy to osobnicy znajdują przyjemność w zabijaniu zwierząt. Uważam, że temat jest ważny i godny dobrego pióra. Doskonale pamiętamy świetne opowiadanie Bohumila Hrabala „Najpiękniejsze oczy" z tomu „Święto przebiśniegu" - kilkustronicowe, bezpretensjonalne i arcywzruszające, w którym poznajemy krótką historię życia sarny z jej punktu widzenia. Nie jest to ani „thriller", ani tym bardziej „moralny", za to genialna miniatura literacka. Po przeczytaniu tego opowiadania los zwierząt na pewno staje się bliski, a wrogość do myśliwych rośnie - ich postępowanie podlega jednoznacznej ocenie. W powieści Olgi Tokarczuk stykamy się natomiast ze zwierzętami już nieżyjącymi albo ogarniętymi żądzą zemsty - jedno i drugie w schematycznym ujęciu nie robi wrażenia; bohaterce giną dwa psy, które do tej pory biegały bezpańsko po całej okolicy, co nie budziło jej obaw o życie dzikich zwierząt, a chyba nie trzeba wielkiego intelektu żeby wiedzieć, jakie zagrożenie dla zwierzyny stanowią psie włóczęgi. Ta obrończyni zwierząt, niestety, niewiele o nich wie. Na przykład beztrosko wypuszcza hodowlane lisy na wolność. Tylko jak one na tej wolności mają przeżyć? Nie wiadomo.

KaNo
Zoologiczną ignorancję autorka próbuje zastąpić skrupulatnie zebranymi wiadomościami o procesach wytoczonych w przeszłości naszym braciom mniejszym. W jednym z listów do policji, jakie pisze główna bohaterka, czytamy m.in. o pszczołach, które w 846 roku w Wormacji zostały skazane na śmierć przez uduszenie za to, że pozbawiły człowieka życia. W innym procesie pozwano szczury, które jednak uniewinniono z powodu niemożności zapewnienia im bezpieczeństwa przy doprowadzeniu na salę rozpraw. Ten ostatni precedens miałby przemawiać na korzyść saren, które, według bohaterki, zabijają bezdusznych myśliwych i, co więcej, mają do tego prawo! Szkoda, że tak ważny moralnie temat został potraktowany z jednej strony ze zbędną historyczną skrupulatnością, a z drugiej z brakiem elementarnej wiedzy o zwierzętach. Zdecydowanie zabrakło w powieści ducha, który ożywiłby zarówno wydarzenia jak i papierowe postacie.
|
|
Więcej…
|
|
|
noblog
|
|
Szczerze mówiąc nie pamiętam dokładnie kiedy i jak trafiłam na blog Pani Łyżeczki na Salonie24 (http://blogpanilyzeczki.pl/), ale jak już raz zawędrowałam do posrebrzanego domu, to stałam się jego stałym gościem. Z Codzienności Posrebrzanej zaś dotarłam na szlak wędrówek Włóczykija (http://blogsosenki.pl), który przechodził niekiedy tymi samymi ścieżkami, którymi i ja niegdyś chadzałam. Tak poznałam z czasem cały Salonik Kameralny - specyficzne miejsce wśród blogów Salonu24. Gdy dowiedziałam się, że z obu blogów ma powstać książka, pomyślałam „nareszcie!". Wydawało mi się jednak, że będzie to po prostu dodatek, jakieś inne utrwalenie tych treści, które już przecież znałam. Cieszyłam się na to wydarzenie, kibicowałam przedsięwzięciu, a mimo to nie spodziewałam się, że taka radość mi sprawi, gdy wezmę do ręki książkę.
Któregoś dnia, po długiej drodze pocztowej: z Łyżeczkowa do Sosenkowa, a potem do mnie - przyszła wreszcie paczka (książek wszak zamówiłam kilka, bo chciałam się tymi drukowanymi blogami podzielić). Gdy wyjęłam pierwszą książkę, gdy przeczytałam dedykacje, zrozumiałam, że to jest całkiem inna historia. Czekały mnie ciepłe wieczory, przy lampce z kubkiem herbaty i wizyty w „magicznym domu", albo wędrówka w nieznane mi okolice i krajobrazy. Zebrane w jedną książkę opowieści z blogów stanowią zupełnie inną rzeczywistość niż ta, która tworzy się w wirtualnej rzeczywistości. Swoboda poruszania się po kolejnych opowiadaniach jest większa niż w świecie blogosfery - książka jest jak album ze zdjęciami, który można wciąż i wciąż wertować, raz zatrzymując się przy jakiejś fotografii, raz przeskakując kilka stron. Czytanie tych opowiadań na blogu ma oczywiście inne uroki - czekanie na kolejne posty, czy możliwość rozmowy od razu po pojawieniu się wpisu. Oba te światy - świat książki i świat wirtualny mają swoje niezwykłe zalety. Jednak jako dziecko ery Gutenberga z rozkoszą otwieram kolejne strony.
Pierwszy świat, świat Pani Łyżeczki jest ciepły i bliski. Pełno w nim śmiechu dzieci, rozmów, cichych wieczorów i wspomnień. Na okładce książki w oknach domu - dziecięce rysunki. Dokładnie tak, jak wygląda dom z dziećmi - wszędzie pełno kartek z dziełami sztuki autorstwa małych artystów. Pod żadnym pozorem nie wolno pozbywać się tych rysunków - są bezcenne, choć jest ich bez liku. Łyżeczkowo z książki zaprasza czytelnika o każdej porze roku (taki jest układ treści - od wiosny do zimy i znów od wiosny do zimy, choć są sprawy także ponad(poza)czasowe). Jest tu wszystko, co musi być w wymarzonym domu: stół jako serce, dziecięce zabawki, kredki, kolejka z pociągiem, lampy z ciepłym światłem na jesienne wieczory, herbata z sokiem porzeczkowym, stary kredens, zioła, modlitwa, zdjęcia.... Jest letnia wyprawa, jesienny spacer z dziećmi i wieszanie prania z filozoficznymi przemyśleniami. Jest mnóstwo pytań, na które trzeba szybko szukać odpowiedzi i mnóstwo odpowiedzi, których dorośli szukać by mogli daremnie przez czas długi. Taki dom można zawsze ze sobą zabrać - bo tam gdzie jest cała rodzina, tam idzie „duch domu" i odwrotnie, gdy rodzina jest rozdzielona (dzieci u dziadków, Pan Łyżeczka w pracy), dom jest jakiś niepełny. Pani Łyżeczka tak pięknie opisuje dom z Pannami Ł. i T., Chłopczykiem S. i Inżynierem, że ma się natychmiast ochotę wsiąść do pociągu w odpowiednim kierunki i jak najszybciej dojechać na stację, z której już tak blisko do Łyżeczkowa. Można też zrobić odwrotnie - zaprosić ich do siebie, i dosłownie i w przenośni. Każda lektura książki, to takie goszczenie u siebie mieszkańców domu posrebrzanego - to całkiem inaczej niż na blogu, gdzie raczej jest wrażenie bycia goszczonym. A ileż byłot radości, gdy ten wypisany na klawiaturze świat nagle stał się bardzo realny w postaci gości-wędrowców, którzy prosto ze szlaku wakacyjnego zawitali do mojego domu. Panny T. i Ł. natychmiast zniknęły z moimi dziećmi w pokojach na górze, zaś Chłopczyk S. z nierozłącznym uśmiechem na buzi dzielnie towarzyszył nam w długich rozmowach ..... I już wiadomo, że oba światy: wirtualny i realny są tak blisko siebie.
|
|
Więcej…
|
|
Free Your Mind
|
Parę lat temu powstał film biograficzny o słynnym brytyjskim aktorze zatytułowany „Life and Death of Peter Sellers” (2005), obraz nie najgorszy, ale też i niewybitny, oględnie mówiąc, bo, co było łatwe do przewidzenia, wcielającemu się w Sellersa (właśc. Richarda Henry Sellersa, 1925-1980) Geofrrey'owi Rushowi, wiele brakowało do pierwowzoru. Problem nie polega bowiem na tym, by umiejętnie zagrać jakąś postać – to każdy dobrze przeszkolony, doświadczony i zdolny aktor potrafi – lecz by być równie komicznym jak Sellers. Tego zaś, twierdzę z całkowitym przekonaniem, nie potrafi od wielu lat nikt. Jest oczywiście - na tej ponadczasowej liście - inny wybitny aktor komediowy, jak Louis de Funes (1914-1983),

ale z całym szacunkiem, nie jest to, według mnie, ta liga, co Sellers, jeśli chodzi o wszechstronność warsztatową i bogactwo środków ekspresji. Może genialny John Cleese (1939- ) (zwłaszcza z „Hotelu Zacisze”, „Clockwise” (1986) czy „Rybki zwanej Wandą” (1988) - nie należę, zaznaczam, do wielkich fanów Monty Pythona, niestety)

mógłby tu stawać w szranki, gdyby nie to, że Cleese'owi trafiały się też role średnie czy po prostu słabe, a już jego występ w tegorocznej „Różowej Panterze 2” (w roli inspektora Jacquesa Clouseau tragiczny doprawdy Steve Martin) uważam za totalne nieporozumienie – sam film zaś mógłby się znaleźć w pierwszej dziesiątce „kiszek wszech czasów” ze względu na gwiazdorską obsadę połączoną z arcykaszaniarskim scenariuszem, nad którym wypadałoby jedynie zapłakać, gdy się wspomni parę Herbert Lom (1917- ) i Sellers.
 Bez wątpienia i samemu Sellersowi trafiały się sceniczne/ekranowe wzloty i upadki. Do wyjątkowych gniotów z udziałem tego aktora należą choćby - słowo komedie to byłoby za dużo powiedziane – psychodeliczny „Magic Christian” (1969) (tu występuje też Ringo Starr, ale i Cleese, imponująco wyglądająca wciąż jeszcze Raquel Welsch i in.), „wojenny” „Soft beds, hards battles” (1974) czy „kryminalny” „Murder by Death” (1976).
|
|
Więcej…
|
|
|
|
|
|
|
najszerzej jak to...
Czytając liczne ...
ja to osobiście ...
Bardzo się ciesz...
spieszę donieś...
rozliczanie polit...
Proszę Pana, św...
wie Pan, naprawd...
Z pierwszej ręki...
casus późnego T...