|
Przez Oceanu ruchome płaszczyzny
Pieśń Ci, jak mewę, posyłam, o! Janie...
Cyprian Norwid, Do Obywatela Johna Brown
Wyprawiamy się na zachód. Cel: miasteczko Harpers Ferry w Zachodniej Wirginii. Ponieważ nie jest to Wielka Wyprawa, lecz mała wycieczka z jednym noclegiem, najpotrzebniejsze rzeczy mieścimy w małej torbie. Dla zabawy (bo trudno na tej trasie zabłądzić) i wypróbowania urządzenia – podłączamy GPS, uzupełniamy niedobory w baku i w drogę!
Pierwsza niespodzianka spotyka nas już na baltimorskiej obwodnicy: zator. Właściwie nas to nie dziwi, bo jest piątek, a w godzinach szczytu jest to zwyczajny traffic, do którego trzeba jeszcze dodać, takich jak my, turystów. Wleczemy się w korku dobrych 40 minut. Lepiej, to znaczy szybciej, jedziemy autostradą I-70, ale tuż przed Frederick znów korek. Mijają nas wielkie transportowe „smoki” z tablicami z Kalifornii lub z Utah a w najlepszym razie z New Jersey. Niskie słońce odbija się w każdym calu pięknie wypolerowanego lakieru tych elegantek. Kiedy mija nas przyczepa jednej z ciężarówek, poprzez rockowe poczynania Davida Cooka (poprzednie wcielenie American Idol) wdziera się do wnętrza naszego samochodu potężny szum silnika; instynktownie odsuwam się od szyby, wielkie koła obracają się z hukiem na wysokości mojego policzka, jakby za chwilę miały mnie zahaczyć – wyobraźnia pracuje!
Ale ciężarówy nie jadą z nami dalej, skręcają na stację, bo muszą się zważyć, zmyć kurz, przespać, odpocząć przed dalszą drogą. My, sprawdzając wskazania GPS-u (niestety, godzina przybycia do celu coraz bardziej się oddala) to szybciej, to znów wolniej posuwamy się prosto w zachodzące słońce. Wokoło ciemnieje linia lasów porastających zbocza Appalachów. Pięknie! Pięknie jest też w październiku, kiedy można napawać wzrok pełną gamą kolorów jesieni, takich samych, jak w Polsce. Całe odcinki trasy dosłownie wycięte w skałach, często mijamy ostrzeżenia przed spadającymi kamieniami. Jeszcze tylko most przez rozlewający się bełkotliwie po głazach Potomac i drugi przez dostojną Shenandoah i – jesteśmy u celu.
Po śniadaniu wyprawiamy się „do miasta”. Pogoda wymarzona na zwiedzanie, choć koło południa upał i wilgotność dają się we znaki. Z przewodnika już wiemy, że w 1751 roku Robert Harper kupił spory kawał gruntu, kilka lat później uruchomił prom, którym przewoził osadników przez Potomac na zachód. Stąd pochodzi nazwa miasta: Harper’s Ferry – prom Harpera.
Miasteczko położone jest w krajobrazowo pięknym i atrakcyjnym turystycznie miejscu, gdzie zlewają się dwie rzeki: Potomac i Shenandoah oraz spotykają trzy stany: Maryland, Wirginia i Zachodnia Wirginia. Miejskie zabudowania zajmują niezbyt rozległy teren, wąskie uliczki, częściowo wyłożone kostką, biegną to w górę, to w dół. Nasze oczy żądne wrażeń, wśród licznych zwiedzających szybko wyławiają dwie kobiety odziane w historyczne stroje, po chwili spostrzegamy żołnierzy w mundurach z XIX wieku, stojących przed wejściem do dawnego (lub przystosowanego do potrzeb turystyki) urzędu burmistrza i naczelnika policji.
Wędrówkę rozpoczynamy naturalnie od pamiątkowego zdjęcia u zbiegu rzek. Potomac w tym miejscu płynie szeroko, leniwie i spokojnie, Shenandoah spieszy się. Niejako przy okazji łapiemy w obiektywy przelatujące z wielkim hałasem gęsi, które na tym terenie występują obficie oraz wielką rzadkość: czaplę modrą.

Czapla modra (blue heron).
Ale przede wszystkim chcemy zobaczyć miejsca związane z abolicjonistą Johnem Brownem. Brown wraz ze swą niewielką załogą najechał Harpers Ferry w nadziei zdobycia broni w tamtejszych arsenałach. Planował, że będzie to zaczynem powstania niewolników, które rozprzestrzeni się na całe Południe. Nic takiego się jednak nie stało, a jak na ironię pierwszą śmiertelną ofiarą wydarzeń był – usiłujący wszcząć alarm – czarny wolny człowiek nazwiskiem Heyward Shepherd. Ten śmiertelny strzał zaalarmował stolicę, skąd wysłano 86 marines pod dowództwem pułkownika Roberta E. Lee. Po fiasku negocjacji, żołnierze za pomocą wielkich młotów skruszyli drzwi, za którymi zabarykadowali się abolicjoniści, i w ciągu trzech minut było po wszystkim...
Stajemy przed niepozornym budynkiem, tablica informacyjna głosi, że dawniej mieściła się w nim straż pożarna, później arsenał, zajęty 17 października 1859 roku przez oddział Browna, zdobyty następnego dnia przez żołnierzy. Przeczytać można również, iż budynek ten został przeniesiony z miejsca swego pierwotnego posadowienia ok. 150 stóp.
Wchodzimy do ciasnego wnętrza ze stojącymi jakimiś skrzyniami i wózkami, usiłując wyobrazić sobie, jak mogła przebiegać walka kilkunastu zmęczonych, zdesperowanych, gotowych na śmierć mężczyzn z przeważającymi liczebnie, dobrze wyszkolonymi, wypoczętymi żołnierzami.

Fort Johna Browna.
Zmierzamy do muzeum Johna Browna. Kilka sal, eksponatów niewiele. Wchodzących wita sporych rozmiarów malowidło w dziwnie znanym nam, Europejczykom z byłej sowieckiej domeny, stylu. Przedstawia nadnaturalnej wielkości starca z rozwianą brodą, rozpościerającego ramiona (prawa ręka trzyma karabin, lewa ściska dokumenty) nad towarzyszami, osłaniając ich. Postać Browna góruje nad pozostałymi. Poniżej widać gwiaździsty sztandar, dymy wybuchów, postaci walczących. Symbolizm i patos, aż śmieszny, bo zupełnie niepotrzebny.
W następnej sali można obejrzeć krótki film o abolicji. Po skrzypiącej podłodze przechodzimy dalej, oglądamy broń, zgromadzoną przez oddziałek Browna. Są to krótkie piki osadzone na długich, drewnianych trzonkach. Żołnierze naturalnie byli lepiej uzbrojeni. Przystajemy przed gablotą, w której bojownik z żołnierzem krzyżują broń.

W przedniej części gabloty młot, będący na wyposażeniu żołnierzy.
W kolejnym pomieszczeniu naszą uwagę zwraca piękna płaskorzeźba, przedstawiająca długobrodego Browna i... czy ten drugi to Norwid? Tak, to Norwid, nietrudno rozpoznać – dodatkowo upewnia nas napis na tablicy pamiątkowej, ufundowanej zapewne przez American Council for Polish Culture.

Pod hasłem „John Brown w międzynarodowej perspektywie” piękne polonicum.

„Drobne utwory poetyczne” Cypriana Norwida; na lewej karcie widoczne wiersze „Do Obywatela Johna Braun” [pisownia oryginalna] i „John Brown”.
W sąsiednich gablotach znajdujemy zagraniczne gazety pełne informacji o egzekucji amerykańskiego bojownika o zniesienie niewolnictwa, ale nie zwracają one naszej szczególnej uwagi. Jesteśmy pod wrażeniem tej tablicy, nie spodziewaliśmy się zobaczyć takiego uhonorowania nie tyle Browna, co polskiego poety i myśliciela.
Podobnych patriotycznych przeżyć i dumy dostarczyła mi wizyta w National Air and Space Museum w Waszyngtonie, kiedy w części poświęconej walkom powietrznym podczas II wojny światowej, pośród dziesiątek zdjęć lotników z największą liczbą zestrzeleń wypatrzyłam fotografię Witolda Urbanowicza, dowódcy dywizjonu 303.
W pełni usatysfakcjonowani, moglibyśmy zakończyć zwiedzanie, ale jak tu nie wejść choć na chwilę do rzymsko-katolickiego kościoła pod wezwaniem św. Piotra (neogotyk, 1833 r., msze w niedziele przed południem), górującego nad miasteczkiem? Jest to jedyna świątynia w miasteczku, która nie ucierpiała podczas walk w wojnie secesyjnej. Wdrapujemy się więc po kamiennych schodach, a pomni przestrogi umieszczonej na tabliczce, że niektóre stopnie mogą być obluzowane a kamienie śliskie, bo wygładzone przez tysiące par obuwia – trzymamy się metalowej balustrady.
Na szczycie schodów dama w historycznych sukniach wita turystów. Wchodzimy do niewielkiego, pieczołowicie zadbanego, bez przepychu – charakteryzującego wiele katolickich świątyń – wnętrza. Podziwiamy witraże (niektóre z nich są dedykowane pamięci konkretnych osób) i wspaniale zabudowany chór. Pośrodku nawy grupce zwiedzających informacji udziela dżentelmen w uniformie członka dawnej formacji paramilitarnej, przeznaczonej do ochrony obywateli i budynków publicznych.
Teraz mały spacer reprezentacyjną ulicą i nagle znajdujemy się w innym świecie: po obu stronach sklepy z odzieżą, obuwiem, spożywcze, z artykułami żelaznymi, jest także księgarnia, w witrynach eksponaty – wszystko z połowy XIX w. Po ulicy przechadzają się te same panie, które zauważyliśmy wcześniej, żołnierze przybywają czwórkami.

Harpers Ferry - dwa światy.
Z ciekawością zaglądamy do mieszczańskich domów, należących do rodzin znanych z nazwiska. Przy wejściu krótka informacja o tym kim byli, czym się zajmowali. Mieszkania wyposażone w najpotrzebniejsze sprzęty, na ścianach malowana tapeta, która była wówczas znakiem luksusu i symbolem zamożności. Pomieszczenia niewysokie, okna małe, żeby wpuszczały jak najmniej słonecznego żaru, za to rozległe i zadaszone ganki przed domem, gdzie spało się w tak upalne lato, jak teraz, kiedy o klimatyzacji nikt jeszcze nie słyszał, a w mieszkaniu trudno było wytrzymać.
Lato na Wschodnim Wybrzeżu potrafi dać się we znaki! Uciekamy do klimatyzowanego samochodu i po nieco spóźnionym drugim śniadaniu (zwanym przez tubylców nie wiedzieć czemu lunch) zakupionym w klimatyzowanym przydrożnym fast food bez wysiadania z auta, wracamy do naszego klimatyzowanego siedliska uporządkować wrażenia i zdjęcia.
W drodze powrotnej minęliśmy położone na wzgórzu The John Brown Wax Museum, którego nie odwiedziliśmy, nie podziwialiśmy jeszcze panoramy ze skał Jeffersona, nie wędrowaliśmy appalachijskim szlakiem, słowem – należy wrócić tu w październiku, w 150 rocznicę wydarzeń, które stały się katalizatorem secesji i wojny Unii z Konfederacją.
Walentina T.
KaNo
Wiecej informacji pod tymi linkami:
http://www.nps.gov/HAFE/
http://en.wikipedia.org/wiki/John_Brown's_raid_on_Harpers_Ferry
http://pl.wikisource.org/wiki/Do_obywatela_Johna_Brown
http://pl.wikisource.org/wiki/John_Brown
|
najszerzej jak to...
Czytając liczne ...
ja to osobiście ...
Bardzo się ciesz...
spieszę donieś...
rozliczanie polit...
Proszę Pana, św...
wie Pan, naprawd...
Z pierwszej ręki...
casus późnego T...