
Joanna Siedlecka, Kryptonim „Liryka”. Bezpieka wobec literatów, Prószyński i S-ka , 2009.
Zainteresowanie ludźmi niezłomnymi, którzy nie dali się wciągnąć w machinę peerelowskiego aparatu represji mimo rozpracowywania, zastraszania, inwigilowania, którzy mimo prób łamania życia osobistego, kariery zawodowej, nigdy nie zhańbili się jakąkolwiek formą poparcia ówczesnego reżimu, przybrało kształt wydanej w roku 2005 książki „Obława”.

Joanna Siedlecka prezentująca książkę „Obława”.
O tym, jak nie stać się najemnikiem pióra, nie ugiąć przed komunistycznym reżimem, choć miał on dużo do zaoferowania uległym, pisał Zbigniew Herbert, że gdy rozum zawodzi, nie potrzeba wielkiego charakteru, wystarczy odrobina odwagi, nawet gdy wieszają głową w dół, a uderzenie w plecy utrwala kręgosłup, wystarczy przeświadczenie, że tak trzeba.„Bądź wierny. Idź.
Ostatnia książka Joanny Siedleckiej, „Kryptonim ‘Liryka’” odsłania drugą, mroczną stronę natury ludzkiej, dla której przesłanie Pana od Poezji było nic nieznaczącym hasłem. Literatów, znanych, cenionych przez czytelników twórców naszej literatury, którzy byli agentami komunistycznych służb specjalnych. Tytuł książki jest symboliczny - kryptonim "Liryka" jest nazwą sprawy wytoczonej w 1976 roku przez SB Wisławie Szymborskiej za podpis pod protestem przeciwko zmianom w konstytucji. Warto przypomnieć, że inicjatywę napisania listu otwartego do Sejmowej Komisji Konstytucyjnej wysunął Jan Olszewski, a zredagowali go Jakub Karpiński i Jacek Kuroń. List 59, znany także jako Memoriał 59, był bezpośrednią reakcją na opublikowane we wrześniu 1975 roku „Tezy na VII Zjazd PZPR”, w których zapowiadano wprowadzenie zapisów o przewodniej roli PZPR w państwie i o socjalistycznym charakterze państwa, o trwałym i nienaruszalnym sojuszu Polski z ZSRR oraz o zależności respektowania przez władze PRL praw obywateli od wykonywania przez nich obowiązków wobec państwa. List ten podpisał m.in. Zbigniew Herbert.
Książka J. Siedleckiej o pisarzach uwikłanych ma wielu admiratorów, ale i krytyków, głównie wśród samych TW i środowisku lewicowym, które organizuje spotkania z autorką, jak np. spotkanie w Krakowie, zorganizowane przez „Krytykę Polityczną”, na którym zarzucono jej, że miała to być powieść literacko-historyczna, a literatury w niej nie ma, jest źle, chaotycznie napisana, niespójna i posługuje się zbyt emocjonalnym językiem.
Sama autorka we wstępie pisze:
Kryptonim „Liryka” to książka „o świecie wciąż nieprzedstawionym” – mrocznym, nadal skrywanym rozdziale naszej literatury, a mianowicie o pisarzach w żarnach i trybach bezpieki. Latami przez nią rozpracowywanych, inwigilowanych, osaczanych całym repertuarem „środków nękających”: agenturą, kontrolą korespondencji, podsłuchami telefonicznymi i tzw. pokojowymi, rejestrującymi nawet anegdoty Słonimskiego i rozmowy Dygata o kolegach. Zmuszanych, jak Tyrmand do emigracji, czy też, jak Osiecka, do upokarzającego „pokajanija” za obietnice paszportu. Kuszonych, zastraszanych, werbowanych do współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa; tajną policją polityczną, czemu się w zdecydowanej większości przypadków oparli, albo też szybko wywikłali, wymknęli.
Ale, niestety, nie wszyscy, jest to więc również książka o tych, którzy, jak mówił Aleksander Wat, są istotą każdego totalitaryzmu i nie sposób go bez nich zrozumieć, tzn. o donosicielach. Pisarzach, którzy ze słabości, a częściej ambicji, chęci zniszczenia konkurentów, pragnienia kontroli i mocy zostawali tajnymi współpracownikami bezpieki. Sprzeniewierzyli się etosowi swego zawodu, zawsze jednak u nas heroicznemu, zawiedli, przynieśli wstyd, zdradzili nie tylko swoją wspólnotę, opowiadając się po stronie silniejszego – totalitarnego państwa. Budzili strach, pomagali SB w rozbijaniu, prześwietlaniu i głębokiej infiltracji środowiska, zaciskaniu mu na szyi obroży. Łamali, rujnowali życie i kariery swoich niepokornych kolegów, przyczyniając się do osłabiania ich ducha, niszczącego często skuteczniej niż choroba, przyspieszającego, choćby w wypadku Dygata, przedwczesną śmierć.
Interesowały mnie przypadki najróżniejsze – najbardziej gorliwych, współpracujących latami i do końca, jak Koźniewski czy Sadkowski, ale też i tych, którzy, jak np. Krzysztof Mętrak, potrafili jednak zerwać, wywikłać się. Wyłącznie też sprawy oczywiste, gdzie zachował się bogaty materiał dowodowy – teczki pracy oraz donosy, ekstrakty komunizmu.
Nie chciałam nikogo osądzać, ferować wyroków, raczej zrozumieć, co jest takiego w człowieku, że potrafi donosić? Jaki jest mechanizm zdrady?
Próbowałam rozmawiać o tym z moimi bohaterami, ale przyznał się tylko jeden, pozostali udawali nękane przez bezpiekę ofiary albo bagatelizowali i umniejszali swoją rolę, szli w zaparte lub odkładali słuchawkę. Ograniczałam się wtedy do zreferowania zawartości ipeenowskich archiwów na ich temat, bo jako zawodowi ludzie pióra, sami potrafią się do nich odnieść – na książkę odpowiada się książką.
W miarę możliwości konfrontowałam je z innymi dostępnymi źródłami – relacjami świadków, dokumentami z zasobów literackich (Biblioteki Domu Literatury) oraz partyjnych (POP/ZLP) i Wydziału Kultury KC PZPR z Archiwum Akt Nowych i Miasta Stołecznego Warszawy, oddział w Otwocku.
Wbrew pozorom nie jest to jednak książka lustracyjna, w literaturze bowiem nie ma lustracji, ale spór o odpowiedzialność za komunizm, tak często relatywizowaną, o rozliczenie przeszłości, z którą, zwłaszcza środowisko pisarskie, powinno zmierzyć się i uporać. Poznać nazwiska działających na jego szkodę, a de facto także czytelników, i również dla nich starać się o swoją wiarygodność, oczyszczenie, odreagowanie, choćby spóźnione, co jest również drogą do odzyskania pełnej wolności i suwerenności. Sekretne choroby leczy się ujawnieniem.
Tyle samego wstępu. Zburzenie obrazu idealnych pisarzy, którego dokonała Siedlecka dzięki archiwom IPN, stenogramom, zapisom rozmów prywatnych, a także samej literaturze (chociażby Słonimskiego, Konwickiego, Dygata) - poprzez odkrycie obszarów tabu, było dla wielu niewygodne. Potwierdziło jednak, że SB była agencją dostarczającą KC informacji o nastrojach wśród literatów, o ich opiniach na temat kolejnych podwyżek, wydarzeń grudniowych, wyboru Karola Wojtyły na papieża, wprowadzenia stanu wojennego. Robiła to przy pomocy swoich narzędzi – tajnych współpracowników, którzy jak nikt inny, najlepiej znali ten świat, sami z niego się wywodząc. W zamian dostawali materialną niezależność i obietnicę rozwoju kariery. To było opłacalne dla SB. Tajni współpracownicy byli tańsi, niż zagraniczne, japońskie podsłuchy, dostarczali też produkt gotowy, wyselekcjonowany. TW byli przecież, jak choćby Aleksander Minkowski, który latami obsługiwał wszystkie literackie imprezy, sprawnymi pisarzami, wyczulonymi na obserwację, fakt, anegdotę. Ich raporty, w odróżnieniu od oficjałek z archiwum Domu Literatury, nie są urzędowymi gniotami, ale żywym, barwnym dokumentem życia tamtych lat. Dygatowi np. cenzura zdejmowała felietony, telewizja odrzucała kolejne projekty, zatrzymano film „Hotel Palace” według jego scenariusza. Na kolaudację wydelegowano właśnie Andrzeja Kuśniewicza, którego raport odesłał film na półkę. SB planowała również „intensyfikację działań” wobec Dygata, ale w sześć tygodni po kolaudacji zmógł go kolejny zawał. Podobnie było z Tyrmandem, którego również blokowano. Zdjęto z ekranów „Naprawdę wczoraj” według jego książki, nie wznawiano mu nawet „Złego”. PIW odrzucił „Życie towarzyskie i uczuciowe”, nie wypuszczano go za granicę, paszport dostał po siedmiu latach wyłącznie dzięki wstawiennictwu życzliwego mu Romana Bratnego. A po wyjeździe, SB próbowała dopaść go, choć już bezskutecznie, w Ameryce. Niszczono zresztą Tyrmanda różnymi metodami. Roman Waschko, czyli TW „Adam”, miał za zadanie rozsiewać plotki, głównie wśród cudzoziemców, że współpracuje z SB.
Donosy były częścią „dorobku” wielu pisarzy. Np. K. Koźniewski pisał je blisko pół wieku i niemal codziennie. Mistrzem gatunku był niezły również jako „recenzent” TW „Matrat”, czyli Władysław Huzik, konsultant „Olcha” - Wacław Sadkowski. Wyjątkową perfidią i wyrachowaniem odznaczały się donosy Kuśniewicza. Np. odwiedził w szpitalu już bardzo chorego Jasienicę, raportował, że nie rokuje już poprawy, jest w stanie beznadziejnym (umarł trzy tygodnie później), ale prowadził nad jego łóżkiem grę operacyjną - jednym okiem obserwował bowiem umierającego, drugim - Stefana Kisielewskiego, który również przyszedł odwiedzić przyjaciela.
Problem zdrady jest jednym z najważniejszych motywów literackich, który występuje w wielu epokach, we wszystkich rodzajach literackich. Zdrada to cios, którego nie oczekujesz – pisał P. Coelho, to jedno z bardziej bolesnych doświadczeń człowieka, zawsze pozostawiające piętno na psychice: zdradzonego i tego, który się jej dopuścił. Oto jednak literatura, za sprawą książki J.Siedleckiej, wchodzi do życia, odsłania twórców literatury, którzy ze zdrady uczynili swoje życie, opowiadając się po stronie silniejszego, totalitarnego państwa.

Kazimierz Koźniewski - agent „33”.
Koźniewski zabłysnął erudycją personalną. Mógłby prowadzić kartotekę wszystkich działaczy politycznych. Skąd on to wszystko wie? Zapowiada pamiętniki, które wyda za pięćdziesiąt lat.
Andrzej Kijowski, „Dziennik 1955 -1969”,
Wydawnictwo Literackie Kraków 1998.
Trzydzieści trzy to w żadnym wypadku nie „czterdzieści i cztery”; nie wiadomo skąd zamiłowanie Koźniewskiego do używania pseudonimów cyfrowych: 005, 213, 214, 420, 600. I co one znaczą. Jestem zawsze lojalnym obywatelem, który nigdy nie oszukał państwa na grosz, nigdy kilometra nie przejechał bez biletu - mówił w jednym z wywiadów. I była to prawda. Był lojalnym obywatelem PRL służącym ludowej ojczyźnie i jednym z najcenniejszych współpracowników UB i SB.
Z wykształcenia polonista, działacz harcerstwa, był prozaikiem, publicystą, dziennikarzem, eseistą, reportażystą, autorem kilku scenariuszy filmowych. Od 1939 r. był zaangażowany w działalność podziemia niepodległościowego. W latach 1939-1940 należał do Polskiej Ludowej Akcji Niepodległościowej, której był jednym z założycieli. Później przedostał się na Zachód. W latach 1940-1941 był żołnierzem Wojska Polskiego we Francji i w Szkocji. W 1941 r. odbył swoją pierwszą misję do kraju jako kurier rządu polskiego na uchodźstwie. W sierpniu 1941 r., podczas wykonywania misji, został aresztowany w Budapeszcie, gdzie był więziony do 1943 r. Po opuszczeniu więzienia wrócił nielegalnie do kraju. W latach 1943-1945 pracował w Departamencie Informacji Delegatury Rządu RP na Kraj. Był współpracownikiem pism konspiracyjnych i członkiem dowództwa Szarych Szeregów, co nie przeszkodziło mu w donoszeniu na swych przyjaciół.
Już we wrześniu 1945 roku, gdy władze komunistyczne wypowiedziały konkordat z Watykanem i rozpoczęła się akcja odbierania majątków kościelnych, a w latach 1949-50 odebrano zakonom szpitale, szkoły i przedszkola, i, aby to usprawiedliwić, spreparowano proces ojców bonifratrów prowadzących zakład wychowawczy, Kazimierz Koźniewski - wówczas młody, ale już zasłużony komunista - pisał pełne jadu sprawozdania z procesu, które błyskawicznie zebrano w książkę i wydano w roku 1950 pt. „Wężowe studnie”. Zarzucał w niej zakonnikom złodziejstwo, sadyzm, homoseksualizm i, co najgorsze, zatrudnienie „wroga klasowego” – żołnierza Andersa.
Rok później, w 1951 roku, ukazują się następne „sprawozdania” Koźniewskiego pt. „Biała plebania w Wolbromiu”, w których szkaluje biskupa Kaczmarka i innych księży, oskarżając ich o rzekome współdziałanie z hitlerowcami. Pisał o AK-owcach z podziemia: Chcieli pić wódkę, grabić, mordować, a czynili to jeszcze goręcej, gdy ich sumienie uspokajano bluźnierczym powoływaniem się na słowo Boże.
Od 1947 r. Koźniewski był aktywnym członkiem warszawskiego oddziału Związku Literatów Polskich - w PRL opublikował 6 tys. artykułów i wydał 55 książek. Obracał się w kręgu znanych pisarzy i publicystów, takich jak: Antoni Słonimski, Stanisław Cat-Mackiewicz, Melchior Wańkowicz, Paweł Jasienica, Stefan Kisielewski czy Leopold Tyrmand. Od 1957 r. aż do śmierci był na stałe związany z tygodnikiem „Polityka”, a wśród najemnych ideologów-publicystów wiódł prym.
Do roku 1955 był tajnym współpracownikiem, w 1956 po wstąpieniu do partii, formalnie nadano mu status kontaktu obywatelskiego, nazywając go konsultantem, bowiem nie tylko donosił, ale i doradzał i sugerował, w roku 1980 jak np. „neutralizować” ewentualnego Nobla dla Miłosza.
W IPN zachowała się pięciotomowa teczka pracy agenta bezpieki „33”, szkodliwego, bo skutecznego, groźnego i cynicznego, inteligentnego, który donosił na swoich i obcych, jak ta szczegółowa informacja, kto był kim w Szarych Szeregach.

Donosił na opozycyjnych literatów: S. Kisielewskiego, P. Hertza, ale i na przyjaciół z „Polityki” i redaktorki z „Magazynu Polskiego”. Esbecki specjalista od literatów, który go prowadził od 1973 roku, pisał o nim: Kontakt obywatelski „33”: z zawodu pisarz, został zorganizowany w roku 1957 (poprzednio był tajnym współpracownikiem) i od tej pory jest systematycznie wykorzystywany do rozpracowywania negatywnych napięć i politycznych zjawisk w środowisku literackim oraz styku literatów z ośrodkami antykomunistycznymi na Zachodzie. Posiada znaczne możliwości operacyjne, udzielając wartościowych informacji. Systematyczne nagradzany pieniężnie, spotkania z nim odbywają się w lokalu kontaktowym „Rzeka”.
Próbował też wyciągać od swoich mocodawców sumy „ekstra”. 2 listopada 1967 roku jeden z oficerów notował, że „K.K” poinformował go o swojej trudnej sytuacji „spowodowanej opóźnieniem realizacji umów wydawniczych”. W związku z tym zwrócił się z prośbą o udzielenie mu pomocy w kwocie 5 tys. zł w formie premii czy nagrody przypominając, że już 20 lat jest współpracownikiem, który z powierzonych zadań dobrze się wywiązuje.
Jego motorem nie były jednak pieniądze; raczej wielkie, zawodowe ambicje, chęć niszczenia konkurentów, pragnienie zaszczytów i sukcesów, których nie osiągnąłby bez wysługiwania się SB, bo jak pisał o nim Tyrmand: poza swoją energią i dynamizmem jest przecież tylko miłym przeciętniakiem, a nie pisarzem z prawdziwego zdarzenia, choć to sobie, niestety, ubzdurał, i z dziennikarskim, instynktownym poczuciem chwili produkuje książki, za które otrzymuje odznaczenia. Niezmiernie oddany regime`owi jest za to hojnie nagradzany, aż do nagrody państwowej włącznie. Ale nie robi tego dla pieniędzy, raczej da sławy, nazwiska, popularności, osiągnięć i błyszczenia.
Od lat 40. aż do 1989 r. Kazimierz Koźniewski współpracował z Departamentem III Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, Komitetem ds. Bezpieczeństwa Publicznego i Ministerstwem Spraw Wewnętrznych. Na ogół posługiwał się pseudonimem „33”, ale niektóre ze swoich doniesień lub raczej analiz i opracowań przekazywanych oficerom bezpieki sygnował pseudonimem „Harcmistrz” lub po prostu podpisywał imieniem i nazwiskiem. Przez lata współpracy z bezpieką zmieniał się też agenturalny status Koźniewskiego. W różnych okresach bywał na przemian tajnym współpracownikiem, kontaktem operacyjnym, kontaktem poufnym, konsultantem SB.
Nawet na sesji w IBL-u z okazji 85. urodzin Jarosława Iwaszkiewicza, gdzie pisał, że „było dostojnie i nudno”, wyłowił Jana Kotta, z którym przeprowadził szczegółowy „wywiad”. Jego donosy przetwarzano w lepiej brzmiące „raporty” dla III Departamentu MSW, a w stanie wojennym dla pułkownika Zbigniewa Pudysza, dyr. Biura Śledczego.


Andrzej Kuśniewicz - kontakt operacyjny „Andrzej”.
Coraz większe obrzydzenie czuję do pana K. Stara pieszczotka. Książątko ponińskie. Wiewiórka z tym swoim łebkiem i łapkami. Musi się w tym ciałku kryć niezłe piekło. Widzę to czasem z jego spojrzeń. (...) Coraz bardziej interesuje mnie Kuśniewicz. (...) Jest w nim jakaś tajemnica.
Marian Brandys, „Dziennik 1972”.
To był nasz towar eksportowy, ambasador polskiej kultury, odznaczany wszystkimi możliwymi laurami, krajowymi i zagranicznymi: Złotym Krzyżem Zasługi (1965), Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (1970), Sztandarem Pracy II Klasy (1975), dwukrotnie Nagrodą Państwową (1971 i 1974) a także Zasłużonego dla Kultury Polskiej (1985), Pen Clubu (1991). Piastował również wiele funkcji: członka kolegium i zastępcy redaktora naczelnego „Miesięcznika Literackiego”, Komisji Nagród Państwowych w dziedzinie literatury, Rady Literacko-Wydawniczej przy Ministerstwie Kultury i Sztuki, Pen Clubu oraz Związku Literatów, wybierany wielokrotnie do władz ZLP - Oddziału Warszawskiego i Zarządu Głównego. Wyróżniła Kuśniewicza nowojorska Fundacja im. Jurzykowskiego, a Francuzi swoim najwyższym odznaczeniem - Legią Honorową i jako jedynego z Polaków przyjęciem do prestiżowej Akademii Goncourtów.
Fenomenem błyskawicznej kariery Kuśniewicza było przeszło dwudziestoletnie, gorliwe wysługiwanie się bezpiece; według zasobów IPN był agentem zarejestrowanym pod numerem 4105 o kryptonimie „Andrzej”, rozpracowującym najpierw środowiska emigracyjne, radiowe, a później literackie. Ze względu na to, że formalnie członków partii nie werbowano, został tzw. kontaktem operacyjnym. Potwierdza to zachowana teczka pracy „Andrzeja” zawierająca m.in. jego charakterystyki i oceny dokonywane przez SB, identyfikujące go dokumenty: własnoręcznie pisane życiorysy, pisma z prośbą o wcześniejsze wydanie paszportu. Przede wszystkim jednak, znajdujące się też w materiałach większości inwigilowanych pisarzy, liczne donosy „Andrzeja” spisywane ze słów przez kolejnych prowadzących go esbeków: Dzbańskiego, Orkiszewskiego, Pawłowskiego, Petersa, Górskiego. Trzy z nich napisał sam - z pobytu w Austrii, RFN-ie oraz ze ślubu Jasienicy.
Nie ma w teczce „Andrzeja” pokwitowań pieniężnych, są wyłącznie informacje, że od czasu do czasu tytułem wynagrodzenia za przekazywane informacje otrzymał: kosz delikatesowy wartości 600 złotych, zawierający m.in. koniak, kawę neskę, ptasie mleczko, rodzynki, torcik wedlowski, dwie paczki papierosów Carmen, koniak Rubin za 620 złotych, Istrę Premium za 700 zł. Zaprotokołowano również, że KO „Andrzej” był bardzo zadowolony i odstąpiono od pobierania pokwitowań ze względu na jego wrażliwość oraz wysoką pozycję zawodową. Zapłatą była przede wszystkim pomoc w karierze, którą rozpoczął w wieku 50. lat i na której najbardziej mu zależało.
SB płaciła mu najrozmaitszymi laurami, funkcjami, dziełami zbiorowymi jeszcze za życia, rolą zawodowego, koncesjonowanego przedstawiciela literatury polskiej, promocją za granicą. Spotkaniami autorskimi w peerelowskich ambasadach, konsulatach, instytucjach kultury. Kontaktami z wydawcami i tłumaczami, nagradzanymi przez ZAiKS, związanymi z PRL-em. Staraniami kontrolowanej przez SB Agencji Autorskiej, zabiegającej o umowy dla naszego Europejczyka, reklamującej go w wielojęzycznej broszurce, napisanej przez króla esbeckich konsultantów - Wacława Sadkowskiego.
Krzysztof Kąkolewski wspominał, że oszałamiający sukces Kuśniewicza we Francji skłonił grupę zaprzyjaźnionych z Marianem Brandysem pisarzy do prywatnego śledztwa, w wyniku którego dowiedzieli się o sumie wyłożonej w tym celu przez PRL - 150 tysiącach dolarów, przeznaczonych na tłumaczenie jego książek, dotacje dla wydawnictw (ponoszących zwłaszcza ryzyko ze względu na pochodzenie autora) oraz recenzentów liczących się paryskich pism. Boom na Kuśniewicza, także i w kraju, minął wraz z wyczerpaniem na niego wydatków.
Oficjalna biografia TW „Andrzej”, którą starannie kreował, ma niewiele wspólnego z rzeczywistą. W licznych wywiadach pysznił się swoim arystokratyczno-ziemiańskim pochodzeniem, rodowym pałacem w Kowenicach, dzieciństwie spędzonym na podróżach, w Paryżu i Wiedniu, gdzie widywał samego cesarza. Młodością playboya i bon vivanta, miłośnika bujnego życia. Koni, samochodowych rajdów, wysokogórskich wspinaczek po Tatrach i Alpach, najdroższych gatunków whisky i kabaretów – ożenił się przed wojną z tancerką rewiową, autorką Strachów, Marią Ukniewską.
Wrzesień 1939 zastał go we Francji, w Tuluzie, gdzie brał udział w ruchu oporu, nie przyznawał się jednak nigdy, że w komunistycznym, bo w lewicującej Francji, w Résistance, główną siłą byli komuniści, którzy do czerwca 1941 nie walczyli z Niemcami, sojusznikami Stalina. Włączyli się dopiero po napaści Hitlera na Związek Sowiecki.
Po wyzwoleniu obozu przez Amerykanów przedostał się do Francji i zameldował w peerelowskiej ambasadzie u towarzysza Putramenta, proponując swoje usługi. Został natychmiast członkiem PKWN-u, w 1946 wstąpił do PPR-u, a w 1948 do PZPR-u, dzięki czemu przeszedł do dyplomacji Polski Ludowej. To z rekomendacji PKWN-u został konsulem generalnym w Tuluzie, potem w Lille i Strasburgu.
Obiecująca reżimowa kariera skończyła się nagle w roku 1950, co tłumaczył później swoim źle widzianym wówczas pochodzeniem, w istocie jednak Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego podejrzewało go, że będąc dyplomatą PRL-u został zwerbowany przez wywiad francuski. O tym, że taka próba rzeczywiście miała miejsce, zameldował posłusznie Putramentowi, który doniósł, gdzie trzeba i konsul Kuśniewicz poszedł z miejsca w odstawkę. W trybie natychmiastowym odwołano go do kraju, usunięto z MSZ-u, dyplomacji i partii. Na polecenie KC PZPR ulokowano na nędznej posadce w... Cepelii, na stanowisku kierownika działu propagandy, potem sekretarza Zarządu.
Został też figurantem sprawy ewidencyjno-obserwacyjnej, założonej przez Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego, podejrzewano go o szpiegostwo na rzecz wywiadu francuskiego i to nie tylko podczas okupacji, ale przede wszystkim na stanowisku peerelowskiego konsula w Lille, gdzie pozostawał jakoby na usługach tamtejszej policji i był przerzucony na robotę dywersyjną do Polski.
Wielkie zaangażowanie Koźniewskiego potwierdza fakt, że nawet po zawale serca w 1972 r., spisany już przez SB na straty, sam wrócił do swej „pracy”. Wycofał się dopiero w grudniu 1981 r. po wprowadzeniu stanu wojennego, motywując swą decyzję złym stanem zdrowia i podeszłym wiekiem.

Włodzimierz Odojewski –agent o pseudonimie „WO”.
Odojewski, agent o pseudonimie „WO” jest - w ujęciu Siedleckiej - szczególnym przypadkiem wśród literatów, którzy zdecydowali się na współpracę z bezpieką. Przez ostatnich 30 lat pisarz budował swój obraz jako konsekwentnego opozycjonisty, dysydenta i ofiary komunizmu. W interpretacji Siedleckiej Odojewski prowadził z bezpieką grę i jako jeden z niewielu potrafił wykorzystać ją do własnych celów.
Przez pięć lat, od lutego 1964 do grudnia 1968 roku, Odojewski swoimi donosami skutecznie blokował Jerzemu Krzysztoniowi możliwość wyjazdów na Zachód, widząc w nim konkurenta do zagranicznych stypendiów i tłumaczeń. Gdy pojawiła się możliwość emigracji, Odojewski w ostentacyjny sposób zrezygnował ze współpracy, a szykany ze strony bezpieki, które wtedy nastąpiły, wykorzystał do zbudowania wokół siebie nimbu pisarza prześladowanego przez władzę.
Siedlecka sugeruje, że zachowanie Odojewskiego było elementem przemyślanej strategii zrobienia kariery na Zachodzie, co mu się zresztą powiodło. W 1971 roku, po dłuższym zakazie wyjazdów zagranicznych, pisarz otrzymał paszport. Na emigracji podjął pracę w Radiu Wolna Europa, w którym przez 22 lata prowadził dział kulturalno-literacki.
Agent „WO” nie oszczędzał przyjaciół z radia a także z redakcji „Współczesności”, takich jak Jerzy Sito oraz pisarzy tej miary co Zbigniew Herbert, Jarosław Iwaszkiewicz, Maria Dąbrowska i Antoni Słonimski - ujawnia Siedlecka. W książce „Kryptonim ‘Liryka’” reprodukowane są dwa dokumenty podpisane ręką Włodzimierza Odojewskiego: zobowiązanie do zachowania w tajemnicy rozmów z esbekami a także pokwitowanie na 1000 zł, które przekazali mu funkcjonariusze.


Prowadzący go esbek, porucznik Krzysztof Majchrowski, stwierdził, że „WO” był do kontaktów z SB chętnie ustosunkowany, dostarczył szereg cennych danych (...).
W ubiegłym roku, w wywiadzie dla Rzeczpospolitej pt. „Siekiera nad moją głową” Odojewski mówił:
Po liście Wildsteina pomyślałem: tak, może zarejestrowano mnie gdzieś tam w kartotekach, ale co z tego wynika? A wyniknęło to, że nad moją głową zawisła siekiera.
(…) Trząsłem się o posadę w radiu, o to, że mnie wyleją z pracy, i kto wtedy wykarmi moją rodzinę. Matka była nauczycielką i miała jeszcze moją siostrę na utrzymaniu – nie mogłem na nią liczyć, podobnie jak na rodzinę żony, z którą zresztą byłem w bardzo złych stosunkach. Miałem fatalne doświadczenia z Poznania, gdy wyrzucono mnie z „Gazety Poznańskiej”, a później z „Tygodnika Zachodniego”. Moja przeprowadzka do Warszawy nie była żadnym awansem, ja z Poznania zostałem przez towarzysza Kraśkę wygnany. W Warszawie też bardzo długo trwało, nim zdjęto ze mnie zakaz publikacji. Ale jakoś wkrótce potem pojawiła się propozycja pracy w Polskim Radiu, gdzie w 1961 roku objąłem stanowisko kierownika Studia Współczesnego Teatru. To była gwiazdka z nieba. I teraz co? Miałem to wszystko stracić? Co mogę do tego dodać? Że się bałem.
Na pytanie czy wziął pieniądze od SB odpowiedział:
Jeden raz, w 1964 roku. Namawiano mnie, żebym koniecznie pojechał do Lublina na zjazd Związku Literatów Polskich. Nie chciałem, broniłem się jak mogłem, by w końcu użyć argumentu – wydawało mi się skutecznego: nie stać mnie na ten wyjazd. „A to prosimy bardzo – usłyszałem – pokryjemy koszty pobytu”. I wtedy pokwitowałem ten 1000 złotych, a na pytanie czy miał świadomość, ze został zarejestrowany jako TW odpowiedział „nie”.
O ustawie lustracyjnej pisał:
Kraina spraw nie załatwionych (pisownia oryginalna - M.F.)
Że nie byłem radykałem, niech świadczy mój ostry protest piórem swego czasu przeciwko osławionej ustawie lustracyjnej, jednemu z największych kiksów prawniczych cywilizowanej Europy ostatnich lat, która posłużyła do gorszących rozgrywek politycznych w obozie „Solidarności” (te rozgrywki miała zresztą chyba głównie na celu) i która była czymś równie niesłychanym, jak wcześniej przyznanie sobie przez premiera (wyłonionego zresztą po niezupełnie jeszcze demokratycznych wyborach) prawa do przekreślania w imieniu narodu zbrodni, wszelkich politycznych wszeteczności i podłości 40-letniej PRL-owskiej przeszłości tzw. grubą kreską. Po latach amoralności w polityce komunistów można było oczekiwać od nowych ludzi po przełomie, że tenże element moralności w praktykę polityczną wprowadzą, zwłaszcza że większość z nich startowała pod opiekuńczymi skrzydłami Kościoła i odwoływanie się w tym środowisku do wzorców i haseł romantycznych nie należało wcale do rzadkości. Nic z tego! Przejmowaniu władzy towarzyszyły personalne podstępne rozgrywki (jeżeli nie zmowy) i walka, w której cynizm, bezwzględność, przede wszystkim zaś cwaniactwo świeciły złym przykładem.
Przykład W. Odojewskiego i wielu innych bohaterów dokumentu Joanny Siedleckiej potwierdza tezę J. Conrada, że … nie widomo, co tkwi w człowieku. Czy wybory, których dokonuje, podyktowane są złem, tkwiącym w nim samym, czy raczej należy szukać odpowiedzialności w złym świecie, zniekształconym przez reżim komunistyczny, bez którego nie byłoby bezpieki, a więc także agentów? W świecie, który w miejsce religii i moralności, proponował kult Nowej Wiary, nie obiecując odkupienia, szykanował i więził uczciwych, nagradzając przestępców.
Czy warto w ogóle pisać takie książki, odkrywać prawdę o najemnych i fachowych obłudnikach, słabych, zawłaszczonych przez partię, która uczyniła z nich dworaków- propagandzistów lub donosicieli, kolaborantów, zdrajców. Czy lepsze potulne kłamstwo, samooszukiwanie się, od prawdy, która odsłaniając tamtą rzeczywistość, jednakowo boli jej twórców jak i czytelników?
Jestem pewna, że warto. W wielu wymiarach: historycznym - bo odsłania prawdę przeszłości, bez której nie może istnieć teraźniejszość, w ontologicznym - by poznać, jak struktura ówczesnej rzeczywistości zawłaszczyła człowieka, sterowała jego życiem, wyborami, możliwościami. W wymiarze etycznym wreszcie - chodzi o rozgraniczenie dobra i zła, przywrócenie świata wartości, bez którego życie człowieka, również literatura i kultura, traci wiarygodność. Książki J. Siedleckiej nie należy odczytywać jako sądu; jest ona bolesną prawdą o tamtych latach, tym bardziej bolesną, im większy talent oddano w służbę zła.
Marci Shore, profesor historii na uniwersytecie w Indianie, napisała ciekawą książkę pt.: „Kawior i popiół. Życie i śmierć pokolenia oczarowanych i rozczarowanych marksizmem”. Przedstawiła w niej historie polskich intelektualistów, którzy w latach 20. zdradzali sympatie lewicowe. Ich losy w większości wypadków potoczyły się tragicznie, ponieważ nie spodziewali się, że lewicowe sympatie złamią ich życie dosłownie lub zapłacą zbyt wysoką cenę wobec własnego sumienia. Pytanie: Jak to się mogło zdarzyć, że inteligentni ludzie dali się tak nabrać, jest również aktualne w kontekście dokumentu J. Siedleckiej. Tę generację A. Wat nazwał później pokoleniem, które wsiąkło w piasek.
Błędem tego pokolenia była wiara, że piasek jest mocną skała, której nigdy i nikomu nie uda się skruszyć. Jeden z jeszcze żyjących bohaterów „Kryptonimu 'Liryka'” powiedział o swojej współpracy z SB: Nie było mi z tym dobrze, sądziłem jednak, że komunizm jest wieczny, że to nie ujrzy nigdy światła dziennego, pisałem więc ręcznie, nie bałem się.
Magda Figurska
J.Siedlecka, „Kryptonim ‘Liryka’. Bezpieka wobec literatów”, Prószyński i S-ka , 2009.
K.Koźniewski, „Biała plebania w Wolbromiu”, Warszawa 1951.
http://www.dziennik.pl/kultura/article288380/Zdrada_jako_problem_literacki.html
http://www.niniwa2.cba.pl/odojewski.htm
http://www.rp.pl/artykul/55271,227543_Siekiera_nad_moja_glowa.html
pomysł dobry, bo...
no, Panie, obaj z...
to prawda, rola N...
To jest bardzo, b...
... że na nic n...
Zgadzam się co d...
niewykluczone, ż...
Zatem mamy sytuac...
wiele zależy wł...
No, ale wyczekiwa...