|
Już Platon wzdragał się bardzo przed demokracją, ponieważ casus Sokratesa skazanego na śmierć drogą „demokratycznego głosowania" sędziowskiego był dla Platona niezbitym dowodem na to, że od demokracji do tyranii droga jest stosunkowo krótka. Sama demokracja może zamienić się w tyranię, skoro człowiek prawy, sprawiedliwy, mądry i uczciwy może zostać na podstawie fałszywych oskarżeń i „w majestacie prawa" pozbawiony życia.

Georgij Safronow
P. Śpiewak w swych intrygujących esejach o „ludowładztwie"[1] przyznaje, że generalnie demokracja więcej obiecuje aniżeli jest w stanie dać (pozostaje on jednak nieodłącznie na gruncie afirmacji tego ustroju), ja zaś powiedziałbym, że demokracja z istoty swej dać potrafi niewiele, a z czasem, jak nas poucza historia (choćby współczesna ewolucja zachodniej demokracji) coraz mniej. Stawiany już w starożytności problem, jak zaprojektować ustrój społeczny, by zapewnić praworządność, sprawiedliwość etc. należałoby, moim zdaniem, przeformułować tak, byśmy się wspólnie zastanowili, w jaki sposób zabezpieczyć się przed taką czy inną formą tyranii. Innymi słowy, idąc tu z jednej strony znowu tropem myślowym Platona, który uważał, że tak naprawdę to każdy ustrój społeczny jest zły, chciałbym postulować, byśmy zajęli się raczej tym, jak stawić czoła coraz to nowocześniejszym formom tyranii, a nie (nie tylko wbrew Platonowi) jak skonstruować „idealny porządek polityczno-społeczny".
Celowo kładę nacisk na demokrację, ponieważ ona uchodzi za ustrój szczególnie „uodporniony" na rozmaite patologie, choć, jak sam Śpiewak pod koniec swoich rozważań przyznaje: „Demokracja nie ostanie się bez roztropnych obywateli. I to napięcie między tendencjami prowadzącymi do wyobcowania życia zbiorowego a obietnicami i wymogami demokracji zdaje się trudne do rozstrzygnięcia. W każdym razie nie sposób przed nimi uciec. Nie sposób myśleć o demokracji tylko jako o „zimnym projekcie", a zarazem trudno podtrzymywać wiarę w możliwość odbudowy na większą skalę demokracji bezpośredniej. Między nimi potrzebna jest silna współzależność" (s. 181) - co stanowi dość ponurą konstatację po wielu dekadach funkcjonowania ludowładztwa, gdyż wynikałoby z niej, że demokracja wciąż stanowi coś w rodzaju postulatu do zrealizowania, nie zaś rzeczywistego sposobu urządzania relacji politycznych i społecznych w danej zbiorowości, czyli że jak dotąd mieliśmy do czynienia z wypaczeniami demokracji, a nie z nią samą.
Nie wchodząc w szczegóły możemy powiedzieć, iż w ludzkich dziejach występują dwa podstawowe rodzaje tyranii: tyrania zbrodni i tyrania głupoty. Osobliwie splatają się one w systemie komunistycznym, w którym nie tylko głupcy drogą krwawego przewrotu zdobywają władzę, ale też utrzymują ją za pomocą terroru i co więcej, domagając się kultu w postaci przeróżnych quasireligijnych rytuałów (pochody, stadionowe spędy, akademie, wieczernice etc.) ale i w postaci „sowieckiej kultury" tworzonej przez (namaszczonych przez tychże rządzących głupców) pożytecznych idiotów. Żywioły zbrodni i głupoty, jakie niesie ze sobą cywilizacyjna sowietyzacja właściwie po dziś dzień nie zostały dokładnie opisane i sklasyfikowane - co wynika nie tylko z tego powodu, że żaden sąd nad komunizmem się nie dokonał i że istnieje ów ustrój w kilku krajach (jak choćby w Chinach), „jakby nigdy nic", ani z tego powodu, że w naszym życiu kulturalno-politycznym trudno ostatecznie rozstrzygnąć, kto jest agentem, kto tylko jest prowadzony przez jakiegoś funkcjonariusza, a kto zwyczajnie mówi od rzeczy, bo jest nieprzytomny - lecz z tego powodu, że projekt budowy ustroju idealnego wcale się nie zakończył.
Różni się ten projekt od koncepcji sowietyzacji cywilizacyjnej (jaką niosła ze sobą rewolucja bolszewicka) w tym jednym podstawowym względzie, że „kultura rosyjska" i ufundowana na niej najbardziej prymitywna z możliwych (zbudowana na piramidalnym wprost zakłamaniu i patologicznej antropologii) „kultura sowiecka" nie są traktowane priorytetowo przez nowych architektów zachodniego (a zwłaszcza europejskiego) życia. Nikt więc już od jakiegoś czasu nie każe nam ani naszych dzieciom wielbić na klęczkach rosyjskiej literatury i wiekopomnych dzieł „artystów z ZSSR", nikt nie każe naśladować rosyjsko-sowieckich „kanonów estetycznych", nikt nie każe komentować poruszających tekstów „naukowców" z takiego czy innego instytutu w „Moskwie i Leningradzie". Nie ma już rusyfikacji od najwcześniejszych lat edukacji po czas emerytury. Z tego też powodu, czyli stąd, że nie ma obecnie kulturowej presji Rosji, wielu ludzi uważa, że także komunizmu nie ma i nie będzie. Co więcej, już do swego rodzaju rutyny politycznej poprawności (co do funkcjonowania której w obszarze polskiej kultury nie mamy chyba wątpliwości - „ideową próżnię" powstałą „po obaleniu komunizmu" należało jakoś wypełnić i Ministerstwo Prawdy błyskawicznie się tym zajęło, importując nam niby zachodnią kulturę, lecz już w opakowaniu neomarksizmu właśnie) należy zapewnianie, że tak Bogiem a prawdą, żadnego komunizmu nigdy nie było, a jedynie „realny socjalizm" czy inne wypaczenia.
Oczywiście niemożliwy jest ostentacyjny powrót do frazeologii marksistowsko-leninowskiej-stalinowskiej (choć do marksizmu i neomarksizmu odwołania pojawiają się coraz śmielsze[2]), ta bowiem zbyt otwarcie się kojarzy wciąż z zamordyzmem i nadal są osoby, które ośmielają się wyszydzać komunistyczną newspeak, a szczególnie „zdobycze naukowo-kulturalne" sowietyzmu. Nikt chyba nie zaprzeczy jednak, że ideologia politycznej poprawności w swej otwartej „krytyce kapitalizmu", „amerykańskiego imperializmu", „konserwatyzmu", „religijności", „państwa wyznaniowego", „kołtuna" etc. - i co warto dodać - „antykomunizmu", czerpie garściami z tradycji marksistowskiej, która miała (i zwalczała) dokładnie tego samego „wroga". Zresztą, czy niedawne otwarte umizgi „amerykańskich gwiazd" Hollywoodu do marksistowskiego przywódcy Wenezueli H. Chaveza nie są znakomitym dowodem na to, dokąd polityczna poprawność zmierza i gdzie szuka (nie tylko ideowego) wsparcia? Przypominam, że jesteśmy w roku 2009, a nie w czasach siermiężnego bloku sowieckiego i pięknej przyjaźni noblisty G. Marqueza z F. Castro.

Georgij Safronow
Gdybyśmy więc mieli obrazowo opisać współczesną sytuację kulturową w „wolnym świecie", to można powiedzieć, że nowotwór komunizmu przerzucił się gdzie indziej i zagrożenie cywilizacyjne przybrało inną postać. Dlaczego tak się dzieje? Pomijając już osobiste sympatie rozmaitych „artystów" czy „naukowców", którym serca nieraz biją po lewej stronie (nie bez finansowej przyczyny), to śmiem twierdzić, że dzieje się tak za sprawą demokracji. Organicznym podłożem degeneracji cywilizacyjnej (i rzecz jasna, deprawacji moralnej), jaką niesie ze sobą komunizm, jest właśnie „ludowładztwo", które z istoty swej domaga się „procesu wyłaniania" światłych „reprezentantów", a tak naprawdę wiąże się z podtrzymywaniem „rzeszy wyłaniającej", czyli „wyborców" w takim stanie świadomości, który pozwala na „wyłanianie się" takich „reprezentacji", które mogą żyć (poza społeczną kontrolą) własnym, ekskluzywnym życiem, czyli tworzyć high society. Naturalnie w czasie ekspansji bolszewików w samej Rosji nie było żadnej demokracji, zauważmy jednak, że „obietnicę demokracji" (ludowej czy robotniczej, jak wiemy) właśnie „uczniowie Lenina, Trockiego i Stalina" ze sobą nieśli - dodajmy: i niosą do dziś (choćby w kontynuatorach Gramsciego). Dla czerwonych demokracja traktowana była postulatywnie, a więc jako coś, co zostanie zrealizowane w trakcie organizowania „społeczeństwa bezklasowego". Podobnie dzieje się i dzisiaj, gdy ideologowie politycznej poprawności (rozsiani od wschodu do zachodu) zapewniają nas, że idealny ustrój jest możliwy, tylko że po drodze należy wyrwać z korzeniami „konserwatywno-religijny światopogląd", który nie jest w stanie ogarnąć istoty wolności (tu zwykle przywołuje się kwestię dogmatyczną triadę: tolerancji dla homoseksualizmu, dla zabijania dzieci nienarodzonych oraz dla eksterminacji osób nieuleczalnie chorych) oraz istoty społeczeństwa obywatelskiego, które rozwija się swobodnie tylko wtedy, gdy oparte jest na zasadach neomarksizmu.
Jedną z obietnic demokracji (abstrahując od tych obietnic, które formułują sami zwolennicy tego ustroju, te bowiem bywają dość pustawe) jest przecież „budowa sprawiedliwego porządku społeczno-politycznego", ta zaś budowa domaga się „majstrów", „murarzy", „pomocników murarzy" i tym podobnych „podwykonawców". Innymi słowy, powiada się obywatelom, że ich sprawy zostaną należycie załatwione pod warunkiem, że do roboty zatrudni się fachowców od budowania nowego, lepszego świata. Nie muszę dodawać, że już takie postawienie sprawy świadczy o tym, że ktoś zakłada, iż rzeczywiście istnieje podział na fachowców (od takiego budowania) i na tych, co tym fachowcom muszą zawierzyć. Tu zresztą zwykle zwolennicy procedury wynurzania się (ze społecznego morza) takich wybrańców wskazują na rozmaite instytucje kształcące „zarządców", „administratorów", „urzędników" takich lub owakich, słowem, dostarczające „wyborcom" pewnego, jak to się ładnie mówi, „produktu rynkowego". Jednocześnie milczeniem zbywa się fakt sprawdzalności procedur wyłaniania się „elit", czyli pomija się to, że przeciętny „wyborca" nie jest w stanie prześledzić, czego się „fachowcy" uczą i czy naprawdę nabywają kompetencji do zawiadywania sprawami społeczno-politycznymi (czy może zawiązują już pierwsze sitwiarskie relacje). Rodzi to, jak podejrzewam, nie tylko moje, wątpliwości co do tego, na ile procesy „wyłaniania się elit" nie są „autarkiczne", tzn. na ile - dokładnie jak za komunizmu rosyjskiego - establishment sam siebie nie wyłania i sam siebie nie legitymizuje, działając jak samonapędzająca się machina. W takiej bowiem sytuacji powraca po raz kolejny zagrożenie tworzenia się „oświeconej tyranii", nie zaś budowania żadnego „praworządnego porządku", naiwnością byłoby wszak sądzić, że ludzie zarabiający wielkie pieniądze i korzystający z uroków władzy, a pozostający poza jakąkolwiek społeczną kontrolą, będą się zajmować przychylaniem nieba wyborcom i podatnikom. Historia zresztą już wielokrotnie pokazała, jakie cele stawiają sobie członkowie elit mających poczucie władzy absolutnej, a więc świadomość tego, że przeciętny zjadacz chleba nie może przedstawicielowi establishmentu kompletnie nic zrobić, bo oddzielają tego zjadacza od „ludzi władzy" kordony policji, skorumpowanych urzędników, przekupnych prokuratorów i sędziów oraz zakłamujących rzeczywistość dziennikarzy. No, najwyżej może czasem taki biedak rzucić zgniłym jajem w dygnitarza, a i to, gdy dobrze wymierzy i zmyli ochronę.
Demokracja ze swej istoty nie zabezpiecza zwykłych obywateli przed absolutyzacją władzy („reprezentantów"), a więc przed tyranią. Zwróćmy uwagę, jak bardzo te procesy „wyłaniania przedstawicieli" uległy degeneracji. Wymownym jej świadectwem jest nie tylko to, że ludzie stojący na bakier z prawem pchają się do instytucji państwowych, nie widząc w tym nic złego, gdyż prawo im tego nie zabrania, ale to, że osoby nawet bez wyższego wykształcenia (czasami nawet studenci!, a czasami ludzie po „szkole średniej"), osoby bez jakiegokolwiek doświadczenia w służbie publicznej, malwersanci, dłużnicy, kombinatorzy, osoby bez jakichkolwiek kompetencji, czyli pospolici głupcy, zgłaszają się na „reprezentantów" i takowymi zostają.
Ktoś mógłby powiedzieć, że wystarczyłoby zaostrzyć procedury i w ten sposób można byłoby uniknąć tego pospolitego ruszenia cwanego matolstwa do władzy. Nie wchodząc tu w dyskusję na temat możliwości „usprawniania demokracji", bo to także kwestia omawiana od dziesięcioleci - z różnym skutkiem - chcę podkreślić, że istota problemu nie tkwi w tym, iż możemy powoływać takich czy innych ludzi na naszych reprezentantów i cedować na nich nasze zaufanie oraz finansować ich z naszych podatków za to, co robią, lecz w tym, iż reprezentantów tych nie możemy natychmiast odwołać, pozbawić kompetencji i stosownie ukarać, gdy tylko się okaże, iż są to osoby, które nie powinny zajmować takich stanowisk. Demokracja nie dostarcza procedury „dyscyplinarnego zwolnienia ze służby publicznej", która to procedura pozwalałaby nam, obywatelom i osobom finansującym establishment i jego zachcianki, zachować taką pełnię kontroli nad rozwojem sytuacji społeczno-politycznej, by - analogicznie jak rezygnujemy z usług niesolidnej ekipy budowlano-remontowej, bijąc ją po kieszeni za fuszerkę i jeszcze wyganiając z placu robót - móc pokazać wypowiedzenie z pracy takim czy innym naszym „reprezentantom" w sytuacji, w której okazuje się, że to są oszuści, złodzieje, cynicy, ludzie skorumpowani czy inni zbrodniarze.

Georgij Safronow
O ile zwolennicy demokracji, powołujący się na słynną, choć bałamutną sentencję W. Churchilla (no bo co to znaczy, że niczego lepszego dotąd nie wymyślono? Może za słabo się gimnastykowano intelektualnie), roztaczają przed nami zwykle panoramę możliwości, jakimi jako wyborcy-podatnicy dysponujemy w mniej lub bardziej udoskonalonych procesach „wyłaniania przedstawicieli", to dość skąpo się wypowiadają na temat naszych zdolności do „zrzucania" tychże reprezentantów z wysokich państwowych stołków. Niewyobrażalna, a nawet jakaś tragikomiczna wydałaby się nam sytuacja, w której przyszedłszy do urzędu i potraktowani (jak to najczęściej bywa) na zasadzie parobka odprawianego z kwitkiem przez kapryśnego zarządcę majątku, ogłaszamy danemu urzędnikowi, że jeszcze dziś zostanie wyrzucony dyscyplinarnie z pracy po zwołanym przez petentów urzędu obywatelskiego referendum w tej sprawie. Niemożliwe wydaje nam się obywatelskie unieważnienie immunitetu poselskiego w sytuacji, gdy dany reprezentant okazał się np. łapówkarzem czy „najlepszym przyjacielem lobbystów" - jak też odwołanie przez rodziców na drodze protestacyjnej akcji obywatelskiej np. minister edukacji, która działa na szkodę dzieci w wieku szkolnym (z czym akurat obecnie mamy w Polsce do czynienia w przypadku mgr K. Hallowej nie wiedzieć czemu wciąż pozostającej na stanowisku ministerialnym). Niepojęta jawi się nam sytuacja, w której sędzia czy prokurator, co do którego stronniczości nie mamy najmniejszych wątpliwości, zostaje na mocy obywatelskiego sprzeciwu pozbawiony prawa do wykonywania zawodu i spędza resztę życia grabiąc liście w swoim ogrodzie.
Wydaje się nam to wszystko niemożliwe, niewyobrażalne, niepojęte, nie do zrealizowania właśnie dlatego, że demokracja nie daje nam żadnych narzędzi zabezpieczających obywateli przede patologizacją (czyli zwykle absolutyzacją) władzy - bez względu na szczebel tej ostatniej. Każdy z nas na pewno spotkał się z sytuacją, w której dany urzędnik wykazywał się arogancją, samowolą i pychą, manifestując jednocześnie świadomość, iż „możemy mu skoczyć" - wiedział bowiem, że albo ewentualnych „kontrolerów" swoich kompetencji trzyma w szachu albo też żyje z kontrolerami w zgodzie złączony więzami tej samej lokalnej czy ogólnokrajowej sitwy.
Ktoś może stwierdzić, że ten kij ma drugi koniec w postaci głupoty samych wyborców, którzy „wybierają przedstawicieli na swoją miarę" - ale przecież w dużej mierze za „głupotę wyborców" odpowiedzialni są ludzie establishmentu, którzy poprzez środki masowego przekazu, system szkolnictwa oraz to, jak wygląda codzienna urzędnicza rutyna na wielu szczeblach (zwana szumnie „respektowaniem prawa"), wpływają na stan świadomości społecznej. „Głupota wyborców" nie bierze się znikąd, ale stanowi rezultat wielorakich, skomplikowanych instytucjonalnych działań ogłupiających właśnie. Ta praktyka z kolei, te działania dowodzą, do jakich perwersji społecznych prowadzi demokracja, skoro obraca się ona przeciwko samym jej „płatnikom", traktując ich jak motłoch, od którego wymaga się jedynie spełniania pewnych (gł. wyborczych) procedur i łożenia na przeróżne instytucjonalne wynalazki „ludowładztwa". Z jednej strony instrumentalnie postępują z obywatelami ich „reprezentanci", z drugiej ogłupiają obywateli ludzie, którzy powinni kształtować u tych pierwszych rzetelną wiedzę o świecie i uczyć ich poważnego traktowania spraw publicznych tudzież wspólnego dobra. Widać w ten sposób ponownie to, co spostrzegł Platon, a więc to, jak blisko jest demokracji do tyranii. W nowoczesnym wydaniu „ludowładztwa", to nie władza leży w rękach obywateli, lecz obywatele w rękach władzy. Ta ostatnia, czyli establishment, zapewnia sobie - bez względu na swoją indolencję, niekompetencję w rządzeniu oraz na swoje bezprawie - nietykalność, niekontrolowalność i niepodleganie odpowiedzialności karnej, majątkowej i cywilnej, tłumacząc obywatelom, że skoro coś nie wyszło (np. jakaś reforma czy racjonalizacja wydatków budżetowych) za pierwszym razem, to może uda się za drugim lub dziesiątym, byleby tylko podatnicy cierpliwie pracowali na rzecz finansów publicznych, gdyż zgoda buduje, a niezgoda rujnuje.
Jedną ze szczególnie niepokojących rzeczy związanych z ewolucją komunizmu (obecnie: eurokomunizm) i degeneracją zachodniej demokracji było to, że do żadnego krwawego rozprawienia się z ówczesnymi sowieckimi tyraniami nie doszło. Wiemy doskonale, że w Polsce „procedurę obalania" nadzorowali sami czerwoni, skrupulatnie typując „przedstawicieli strony społecznej" do „skomplikowanych i niezwykle ważnych negocjacji" dotyczących „przełomowej zmiany ustroju" - czym zapewnili sobie miękkie lądowanie w czasach „postkomunistycznych" vel „demokratycznych". Ci czerwoni zresztą, co jeszcze niedawno paradowali wśród nas w mundurach czerwonoarmistów z leninowskimi orderami i zapewniali, że nie ma nic gorszego jak „demokracja burżuazyjna" - zaczęli nam zaraz po „zmianie ustroju" mówić o „udoskonalaniu demokracji", inni zaś różowi przedstawiciele „strony społecznej" zaczęli głosić kazania o konieczności „dojrzewania społeczeństwa do demokracji". Jeszcze więc nie dogasły „zgliszcza po komunizmie", a już niezbędna była praca nad konstruowaniem idealnego porządku społecznego i znowu, jak za dawnych lat, prosty lud nie był na bieżąco z przemianami i postępem, i nie rozumiał na czym polega demokracja.
To że nie doszło do krwawej rozprawy z komunizmem wynikało jednak nie tylko z nadgorliwości „nowego establishmentu", który wiedząc, że w wolnych wyborach, a więc w warunkach wolnej konkurencji na „rynku idei", mógłby nie zostać wyłoniony w całej swej (spragnionej władzy) masie, wobec tego wolał paktowanie z czerwonymi aniżeli dążenie do twardej, ulicznej z nimi konfrontacji. Sami komuniści nie zamierzali wszak pozbywać się uzurpatorskiej władzy dobrowolnie, a poza tym nie istniała siła zdolna zbrojnie się im przeciwstawić, trudno bowiem podejrzewać całkowicie zsowietyzowaną, „ludową armię" o możliwości stawienia oporu komunistycznej władzy. Oczywiście, gdyby dogorywający gospodarczo kraj taki jak Polska został pod koniec lat 80. ponownie (jak na początku dekady) sparaliżowany strajkami, zaś wojsko zachowałoby tym razem bierność w trakcie eskalowania się konfliktu społecznego, to uliczne walki mogłyby doprowadzić do zajęcia budynków rządowych, propagandowych (tzw. „media państwowe") i ogłoszenia początku rozliczenia nielegalnej, sowieckiej władzy, z karami śmierci dla czołowych zdrajców narodu włącznie. Można z dużym prawdopodobieństwem sądzić, że takiego biegu wypadków czerwoni bali się najbardziej, przez wiele lat żyli bowiem w przeświadczeniu, że gdyby kiedyś obywatele trzymani przez komunę w kieracie, chcieli wziąć za swe upokorzenia i nędzę, za zbrodnie komunistyczne i za czerwone bezprawie - odwet, to zemsta taka byłaby jeszcze bardziej bezwzględna niż samosądy na ulicach Budapesztu w 1956 r.
Zauważmy jednak, że nie doszło do krwawej rozprawy z sowiecką tyranią, ponieważ „demokracja" tego „zabraniała". Ideałami „demokratycznego porządku" zasłaniali się (od samego początku „wiekopomnych negocjacji") nie tylko sami czerwoni (z ich punktu widzenia była to taktyka znakomita), lecz i ci przedstawiciele „oświeconej opozycji", którzy uważali się za „legalnych przedstawicieli społeczeństwa" (wprawdzie nie byli wyłonieni demokratycznie, lecz sądzili, iż są reprezentantami z racji, by tak rzec, kombatancko-życiorysowych). „Demokracja" stawała się więc parawanem, za którym może się skryć tyrania! Negocjatorzy zaś - jedni zupełnie nielegalni, bo z sowieciarskiego nadania, drudzy nie wyłonieni demokratycznie, a dysponujący jakimś zaufaniem ze strony obywateli - uznawali, iż są „depozytariuszami demokracji", niemalże zwiastunami „dobrej nowiny społecznej", ludźmi niosącymi wodę na ziemię, która tli się w irracjonalnym ogniu. Ziemi zaś nie wolno było zapłonąć, gdyż każdy zwolennik demokracji (zwłaszcza ten świeżej daty, co to jeszcze jakiś czas temu obserwował nas na placu apelowym ze swej wieżyczki strażniczej) dostawał białej gorączki na samo hasło „wojna domowa".
Tą wojną straszono nas w Polsce wielokrotnie i za czasów peerelu, i w czasach „obalania komunizmu". Dlaczego? Dlatego iż to właśnie zbrojne wystąpienie przeciwko tyranii stanowi radykalną formułę „unieważnienia władzy" i zmiecenia pozostającego poza prawem, aroganckiego i zdegenerowanego establishmentu z pilnie strzeżonych instytucji. Jak wiemy, zwolennicy demokracji nie tylko bledną na samą myśl o takim obywatelskim, desperackim rozwiązaniu problemów społecznych, ale też zaczynają mówić takim nieco mniej uprzejmym, a bardziej wojskowym tonem, że gdy dochodzi do tego rodzaju krwawej rozprawy z tyranią, to i jakimś niewinnym może się w skórę dostać. W ten sposób jednak mimowolnie przyznają owi „demokracjofile", iż po państwowych instytucjach sporo „winnych" sobie w najlepsze przesiaduje. No i co do tego to właśnie obywatele nie mają wątpliwości, gdyż ze skorumpowanymi urzędnikami mieli i mają do czynienia. Oczywiście „demokracjofilom" chodzi o to, że wojna domowa to „żywioł, nad którym nikt nie panuje", że jest to „plądrowanie sklepów", „niszczenie majątku państwowego" (tak zresztą zwykle komuna przedstawiała protesty uliczne, jak pamiętamy, tj. jako „chuligańskie wybryki"), „nie wiadomo, kto rządzi i co się może naprawdę stać" etc. - no bo przecież nie mogą powiedzieć, iż zwykle w obalaniu tyranii chodzi o rozprawienie się ze zbrodniczymi formami rządów, przerwanie bezprawia i zwyczajne ukaranie tych, co znęcali się nad ludźmi na różne sposoby. A że dokonuje się to w sposób radykalny? Parafrazując Churchilla, najwyraźniej lepszego rozwiązania nie ma albo mówiąc inaczej, pozostałe sposoby uporania się z tyranią okazały się zupełnie nieskuteczne i jedynie umocniły establishment w poczuciu absolutnej bezkarności. Za czasów sowietyzacji Polski widzieliśmy jak czerwoni po każdym wygranym starciu z ciemiężonymi przez nich obywatelami coraz bardziej stają się rozpasani w swoim napawaniu się władzą, jak manifestują swoją siłę i za pomocą tejże manifestacji siły, legitymizują się na nowo. Nie powiem zresztą nic odkrywczego, przypominając, że komuniści wyłącznie przed siłą ustępowali i wyłącznie ją respektowali jako przeciwwagę dla swojego bezprawia. Z tego też powodu z taką zwierzęcą, jeśli nie szatańską zawziętością zwalczali (i torturowali po schwytaniu) leśnych, którzy strzelali do czerwonych.
Tymże czerwonym nie przeciwstawiono żadnej realnej siły w ramach „obalania komunizmu". Ani siły fizycznej - w sensie zbrojnego obalenia tyranii, ani siły prawa jako „bezosobowego" rozwiązania kwestii zbrodniczości systemu sowieckiego. Przeciwstawiono czerwonym jedynie miraż demokratyzacji, a więc procesu, który polega na budowaniu nowego porządku społecznego, który - jakżeby inaczej - nie ma nic wspólnego z sowiecką tyranią, choć - pech chce - żadnego osądzenia tejże tyranii i jej sługusów nie przewiduje. Należy więc mówić o mirażu demokratyzacji, skoro proces wprowadzania praworządności nie zachodzi w sposób rzeczywisty, a jedynie sprowadza się do „demokratycznej retoryki" oraz kosmetycznego, formalnego retuszu komunistycznego bezprawia.
Winę za ten stan rzeczy można ponownie zrzucić właśnie na samą demokrację, jako na mityczny ustrój obiecujący o wiele więcej niż może dać, ale przede wszystkim, jako na mityczny ustrój, który - co już wyraźnie zaznaczałem, lecz powtórzę - nie daje nam, zwykłym obywatelom, środków umożliwiających „zwalnianie ze służby publicznej" czy też „cofanie mandatu społecznego" tym, co sprzeniewierzyli się wykonywanej władzy i całkowicie zniekształcili sens służby publicznej. W takiej sytuacji jesteśmy po 20 latach „demokratyzacji peerelu", czyli barwnego, burzliwego i beznadziejnego okresu „najjaśniejszej III RP". Na naszych oczach skonstruowano społeczno-polityczne „perpetuum mobile", czyli machinę Układu, który sam siebie „demokratycznie" wyłania i jako taki nie podlega ani społecznej kontroli, ani możliwości odsunięcia go od władzy.
W tej sytuacji realizowane przez obecną ekipę ciemniaków plany systematycznej, konsekwentnej demilitaryzacji Polski można odczytać w nieco innym kontekście niż tylko geopolityczny (tj. świadome, wieloletnie osłabianie polskiego państwa przez establishment należący do czerwono-różowej, prorosyjskiej i proniemieckiej „partii zagranicy"), tyrania związana z „nowoczesną demokracją" zabezpiecza się w ten sposób przed scenariuszem tego typu, gdyby w momencie wybuchu konfliktu społecznego na wielką skalę, wojsko stanęło po stronie obywateli, a nie kasty uzurpatorów chowających się za fasadą demokracji.
Free Your Mind
[1] „Obietnice demokracji", Prószyński i S-ka, Warszawa 2004.
[2] Na Uniwersytecie Warszawskim powstało swego czasu nawet „koło marksistowskie", rzecz jasna, założone przez „młodych" (na zasadzie „to idzie młodość i śpiewa") (http://www.filozofia.uw.edu.pl/skfm/), choć nie zdziwiłbym się, gdyby patronami byli starzy i wciąż jarzy czerwoni khmerzy z długoletnim pezetpeerowskim stażem w służbie kłamstwa i przemocy, skoro wznawia ono bez mrugnięcia okiem takie publikacje, jak „Marksizm a zagadnienia językoznawstwa" J. Stalina (http://www.filozofia.uw.edu.pl/skfm/publikacje/stalin01.pdf), czy „Ich moralność i nasza" L. Trockiego (http://www.filozofia.uw.edu.pl/skfm/publikacje/trocki02.pdf). Brakuje wciąż wypisków z „Czerwonej książeczki" Mao Zedonga, ale może to kwestia czasu. Ja się cieszę z tego, że siły bolszewickie wciąż czują się zobligowane do podtrzymywania ognia rewolucji (proszę zwrócić uwagę, jak wiele tekstów A. Gramsciego jest na tej stronie wznawianych) i wolę, by to robiły jawnie, niż żeby znowu knuły gdzieś w pilnie strzeżonych ośrodkach szkolenia agentury, jak to było za czasów ZSSR.
|
pomysł dobry, bo...
no, Panie, obaj z...
to prawda, rola N...
To jest bardzo, b...
... że na nic n...
Zgadzam się co d...
niewykluczone, ż...
Zatem mamy sytuac...
wiele zależy wł...
No, ale wyczekiwa...