|
J. Targalski stwierdził w jednym z niedawnych wywiadów, że już jesteśmy w państwie policyjnym. Powtórzył to w jednym z komentarzy na moim blogu, co z kolei wywołało pewną irytację K. Kłopotowskiego, który zaczął domagać się oszczędności w słowach. Tymczasem określenia „państwo na wpół policyjne" użył także P. Gontarczyk (w wielu mediach słowa „na wpół" wypadły oczywiście po drodze, jak to w klasycznym polskim głuchym telefonie), gdy się okazało, że książką dotyczącą współpracy L. Wałęsy z SB zajęła się prokuratura. Jednocześnie warszawski sąd okręgowy wydał pod koniec kwietnia 2009 r. bezprecedensowy wyrok w sprawie... telewizyjnego spotu jednej z partii, która zaatakowała inną partię - zakazując jego emisji oraz nakazując przeprosiny.
Po czym można poznać państwo policyjne? Po pierwsze rozpoznaje się je po wszechwładzy sił, które dysponują środkami przymusu i które to siły doprowadzają do posłuszeństwa, upokorzenia lub rozmaitych sankcji osoby niepoddające się systemowi opresji. Ktoś mógłby powiedzieć, że w XXI wieku niemożliwe jest zbudowanie totalitaryzmu w świetle jupiterów, w dobie Internetu oraz swobodnego podróżowania. Nic bardziej błędnego. Podróże można dość łatwo ograniczyć, jeśli tylko z obywateli uczyni się chłopów pańszczyźnianych, Internet można przydusić za pomocą paru technicznych sztuczek (szykuje to właśnie UE, co zapewne skwapliwie wykorzystają polskie władze), zaś jupitery zawsze można skierować na jakiś przyciągający gawiedź show. I po sprawie.
|

|
Krzysztof Mazur
|
Państwo policyjne wcale nie musi od razu wyglądać jak NRD, gdyż skuteczności tego rodzaju porządku społeczno-politycznego nie mierzy się ilością więźniów politycznych czy zabitych uciekinierów na granicy. Ludzi można wysterować, by chodzili jak w zegarku, jeśli nauczy się ich mówić jednym głosem, zaś wszelkie głosy sprzeciwu będą niesłyszalne lub dokładnie wytłumione. Państwo policyjne rozpoznaje się po drugie po wypowiedziach typu „nie będzie tak źle" albo „oni nie są tacy źli" - wypowiedzi takie zdradzają świadomość, że coś jest nie tak, lecz zarazem ta świadomość skrywana jest pod osłoną konformizmu lub po prostu tchórzostwa.
Demokracja bez wartości może się zamienić w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm - oznajmił Jan Paweł II... w polskim parlamencie. Wprawdzie część pożytecznych idiotów natychmiast zaczęła „odcinać się" od tego stwierdzenia, dowodząc, że papież zwyczajnie nie pojmuje zawiłości demokracji, zawiłości, w które zwykle każdy pożyteczny idiota ma wgląd jak Platon w sferę bytów idealnych, jednakże jasne było to, że ta przestroga największego z Polaków dotyczy właśnie nas, Jego rodaków i naszego sposobu urządzania polskiego państwa. Ja zaś od 1989 r. zadaję sobie jedno, fundamentalne pytanie, na które zresztą po dziś dzień nie znam odpowiedzi: na jakich właściwie wartościach budowana jest polska demokracja?
Mniej więcej każdemu rozgarniętemu człowiekowi wydaje się, że wie, o co chodzi z demokracją, tzn. że ma głosować co jakiś czas, ma regularnie płacić podatki, nie wychylać się, a państwo nie będzie mu wchodzić w drogę za pomocą złośliwych przepisów lub urzędników oraz będzie go bronić przed przestępczością lub zagrożeniami międzynarodowymi. Czy jednak rozgarnięty człowiek wie, na czym polega demokracja totalitarna? Jej przedsmak mieliśmy wprawdzie za komunizmu, wszak „najlepszy z ustrojów" nazywano „demokracją socjalistyczną". Oczywiście, z jakąkolwiek formą praworządności nie miało to prawie nic wspólnego, ale zauważmy - komunizm umiał naśladować, kopiować pewne struktury administracyjno-państwowe, umiał stwarzać pozory normalnego państwa (czasami łapał kryminalistów, czasami umożliwiał jakiś częściowy, koncesjonowany rozwój kultury, czasami pozwalał na rozwój nauki, przynajmniej w jakichś wąskich obszarach), czyli był już o krok od stworzenia takiej alternatywnej rzeczywistości, w której realni ludzie egzystują w totalnej, fatalnej fikcji, z której nie ma żadnej ucieczki, a zarazem dochodzą do wniosku „może nie jest tak źle"; „jakoś daje się żyć". Demokracja totalitarna jest w stanie doprowadzić proces „dublowania rzeczywistości" do perfekcji. Przeciętny obywatel może wnet uzyskać świadomość, że wszystko jest normalnie i nawet nie łamać sobie głowy, iż coś może być nie tak, zaś za górami, za lasami, ale dookoła, będą się rozciągać druty kolczaste i wieżyczki strzelnicze.
|

|
Seria European Images - Visit to Italy
|
P. Semka pisze w jednym ze swoich felietonów w „Rzeczpospolitej" o „aksamitnym zamordyzmie". Gontarczyk z kolei opowiada o dwóch próbach włamania do jego domu, gdy zajmował się książką o Wałęsie. B. Borusewicz natomiast - a propos bezprecedensowego dochodzenia w sprawie historyków IPN-u - powtarza w trakcie radiowego wywiadu, jak automat, że „klauzulowanych materiałów nie można ujawnić". I to głos marszałka senatu jest wiążący w tej sprawie, a nie Semki czy Gontarczyka. Polskie państwo uruchamia się bowiem na gwizdek, jeśli tylko jest po temu poważna potrzeba. Włącza się do chóru niezawodny w takich sytuacjach mentor III RP, czyli A. Michnik, który głosi, że komunista A. Kwaśniewski trafnie nazwał IPN „instytutem kłamstwa narodowego", zaś lustracja Michnikowi kojarzy się wprost z bolszewizmem. Michnik z Kwaśniewskim mówiący jednym głosem? Nie pierwszy raz. Nieważne zresztą już jest to, kto tu jest brzuchomówcą, a kto pajacem trzymanym na ręce przez tego pierwszego. Najgorsze jednak jest to, że czujemy się, jak w jakiejś kołomyi, bo to wszystko już na różne sposoby było. Cały ten ponury spektakl już oglądaliśmy po wielokroć.
Istotę państwa policyjnego wyznacza instrumentalne podejście nie tylko do praworządności, lecz przede wszystkim do prawa. Debatujemy nieraz o błędach, które stanowią pewien zestaw fałszywych przesłanek, na których zbudowano III RP. Aleksander Ścios mówi o mordzie założycielskim, jakim było zabójstwo ks. Jerzego Popiełuszki. Ja zaś już nieraz wygłaszałem tezę, że III RP swój początek bierze w stanie wojennym (i to nie tylko z tego powodu, że Jaruzel twierdzi, iż bez stanu wojennego nie byłoby „okrągłego stołu"). Komuniści zresztą wielokrotnie dowiedli, że prawo jest czymś, czego się dostarcza ex post dokonanych zbrodni na zasadzie pewnego „usprawiedliwienia" i „zalegalizowania". Jednakże to nie o komunistów teraz chodzi, a o tzw. konstruktywną opozycję.
Czemu bowiem krzepnie cały ten pookrągłostołowy porządek i establishment, czemu mija 20 lat, a my wciąż jesteśmy u początku drogi? Otóż krzepnie dlatego, że konstruktywna opozycja uznała, iż transformacja zapoczątkowana przez Bezpiekę możliwa jest do przeprowadzenia wyłącznie z udziałem Bezpieki i to nawet bardziej z udziałem Bezpieki aniżeli społeczeństwa (bo ono również (oprócz prawa) zostało potraktowane instrumentalnie). Ludzie sowieckiego systemu represji byli i są więc „nie do wyeliminowania" z polskiego życia społeczno-politycznego i w tym sensie „powinni" pozostać w nim na długie dziesięciolecia. Z tego też powodu lustracja była i jest „zamachem na demokrację" (a nawet „zamachem stanu" jak w 1992 r.[1]), zaś likwidacja WSI - zamachem na bezpieczeństwo państwa, wewnętrzne i zewnętrzne. Z tego powodu ponadto majstrowano przy podstawach prawnych państwach niemalże w taki sposób, w jaki wyciągała z czapki swoje dekrety „władza ludowa", których legalizacja polegała na tym, że po prostu drukowano je z pomocą „towarzyszy radzieckich". Od 1989 r. bynajmniej nie zmieniono prawa od razu, tylko najpierw robiono „domurówki" do budowli peerelu[2], a następnie „małą konstytucję", a potem jeszcze większą konstytucję, przy czym konstruowano ją tak, by zadowalała „wierzących i niepodzielających tej wiary", a zarazem by uwzględniała to, czy akurat na czele państwa stać będzie komunista związany z Bezpieką, jak choćby Kwaśniewski czy może ktoś z konstruktywnej opozycji.
Myślenie to można zobrazować w taki sposób (już tę metaforę raz przywoływałem w innym tekście o legalizacji peerelu), jakby policja stwierdziła, że dłuższa walka z mafią nie ma sensu, bo mafii zlikwidować się nie da, a ponieważ w mafii jest sporo dzielnych i bitnych ludzi, umiejących posługiwać się bronią, to należy wspólnie z mafią rządzić miastem i wraz z mafią wysyłać patrole dla bezpieczeństwa obywateli. Nieszczęsny „okrągły stół" okazał się więc nie tylko legalizacją peerelu, ale też legalizacją mafii. Jeśli zaś ktoś wchodzi z mafią w kooperację na długie lata, to nic dziwnego, że z czasem obrona tej kooperacji staje się „obroną racji stanu". Jeśli państwo to „my", czyli „negocjatorzy okrągłostołowi" - to każdy, kto ośmiela się kwestionować porządek „kooperacji" komunistów i konstruktywnej opozycji, jest zagrożeniem dla państwa. Dokładnie taką samą logikę stosowali czerwoni, gdy ktoś usiłował podważać „przewodnią rolę partii" - kto bowiem atakował komunizm, ten prowadził „działalność antypaństwową" i był ścigany przez sowieckie „prawo" lub pałowany na ulicy. Nawiasem mówiąc, pozostając w tej metaforze nie jesteśmy daleko od prawdy, ponieważ właśnie (kwiecień 2009) się okazało, że niektórzy łódzcy antyterroryści to zarazem członkowie gangu. Czy nie jest to jakiś generalny obraz III RP? Czy spora część polskich polityków nie jest po prostu gangsterami?
W takiej jednak sytuacji obywatele poczuwający się do jakiejś odpowiedzialności za państwo, niegodzący się na zastany porządek mogą mieć poważny problem. Doskonałość kulturowej zbrodni, jaką jest konstrukcja III RP, polega bowiem na tym, że wykorzystuje się tu mit „wolnego, demokratycznego, zachodniego państwa". O ile jeszcze „Polska Ludowa", odwołując się do mitologii nowego państwa (vs „skompromitowana, przedwojenna, pańska Polska" oraz „skażona liberum veto i anarchią I RP"), miała jednocześnie za sobą Moskwę i zagony armii czerwonej, więc zmuszona była przedstawiać „wielkość, piękno i czar" kultury rosyjskiej i sowieckiej, a więc tak czy tak wychodziły te sowieckie bagnety zza pleców „luminarzy" - o tyle III RP, zwana zrazu (tj. od 29 grudnia 1989) dla jeszcze większego zamętu po prostu „RP", od samego początku budowała mit „powrotu do Europy (resp. wolnego świata"), „odzyskania zachodniego kształtu państwowości i praworządności", słowem, mit budowania takiego państwa, o jakie walczyli Polacy w czasie II wojny, w powstaniu antysowieckim, państwa o jakim marzyło się na emigracji wewnętrznej i zewnętrznej. I chyba do tego sprowadza się największy fałsz III RP. Wspomniany mit wziął się oczywiście stąd, że „wiekopomnych zmian" dokonywali przedstawiciele konstruktywnej opozycji - jakiekolwiek więc krytykowanie ich „misji" nie wchodziło w grę, a kto ośmielał się krytykować był kimś na kształt peerelowskiego „wroga ludu".
Kiedy słucha się tych polskich polityków (a słuchamy tego, co mówią, już od 20 lat) to włos się na głowie jeży, z jaką nędzą intelektualną mamy do czynienia. I co do tej nędzy (poza nielicznymi wyjątkami, jak Olszewski, Macierewicz, Kaczyńscy itp.) nie ma najmniejszych wątpliwości. Już nie chodzi o Wałęsę, który, rzecz jasna, pozostaje klasykiem mowy polskiej (J. Bralczyk poświęcił mu kilka lingwistycznych analiz, ale to było jeszcze w czasie, gdy w dobrym tonie wśród ludzi salonu było naśmiewanie się z prostactwa byłego przywódcy Solidarności, dziś gdy Wałęsa płacze na spotkaniach z młodzieżą, to salonowcy również płaczą), ale o wiele wiele nazwisk, których nawet nie chcę w tym miejscu wymieniać. Słuchanie tych ludzi jest podwójną męką, ponieważ oni nie mają nic do powiedzenia, niewiele robią, poza załatwianiem swoich własnych interesów, a zarazem mają doprawdy znakomite samopoczucie (jest ono wyrazem tego okrzepnięcia pookrągłostołowego status quo). Gdy się jeszcze sięgnie po teksty przedwojennych polskich polityków, to po prostu przepaść, jeśli nie otchłań rozciąga się między życiem politycznym w II RP a tym establishmentem, który wyłonił się po 1989 r., każąc się nazywać „klasą polityczną". Sęk w tym, że ta nędzna klasa polityczna ma realną władzę w naszym kraju i naprawdę decyduje o naszych losach, a nawet, gdyby chciała, może zabrać się za nowych „wrogów ludu" za pomocą metod policyjnych, doprowadzonych do perfekcji w okresie komunistycznym.
Państwo policyjne poznaje się poza tym po ścisłej kooperacji ludzi mediów i ludzi służb specjalnych. W Polsce ta współpraca nie polega wyłącznie na tym, że publikowane są rozmaite komprmateriały, że do debaty publicznej regularnie wpuszczane są szczury, że nieustannie i z całkowitą premedytacją przekręca się rozmaite wypowiedzi lub fakty, nadając im szlif propagandowy taki, by wywoływały niszczący przeciwnika politycznego efekt[3]. Polega ona też na tym, że właściwie trudno rozstrzygnąć w wielu przypadkach, czy mamy do czynienia z dziennikarzami czy po prostu z funkcjonariuszami Bezpieki na etatach dziennikarskich. Oczywiście wielu ludzi mediów nie legitymuje się przed widzami żadnymi bezpieczniackimi dokumentami, jednakże ich maniery, styl pracy i profesjonalizm w działaniach dezinformacyjnych wskazują na to, że nie są to w ogóle osoby trudniące się fachem dziennikarskim, tylko ten fach traktujący jako przykrywkę, legendę. Warto w tym miejscu przypomnieć, że ten stan rzeczy (tzn. zatarcie granic między pracą w mediach (czy szerzej w kulturze) a służbą Bezpiece) został wypracowany za czasów komunistycznych.
|

|
| Seria European Images - Visit to Italy |
W III RP nie uczyniono nic, by dezinformacyjną machinę zatrzymać - wprost przeciwnie, nadano jej niebywały i nawet niespotykany w okresie peerelowskim, rozmach. Wystarczy wskazać na takie molochy, jak „GW" czy TVN24 (nie rozglądając się daleko, a przecież jest wiele innych środków dezinformujących), by dostrzec różnicę między mediami pracującymi nad zdeformowaniem obrazu rzeczywistości, a tymi siermiężnymi deformatorami, jakimi były pezetpeerowskie tuby propagandowe. Zabrzmi to zapewne nie za wesoło, a nawet obrazoburczo, lecz to zwykła konstatacja tego, z czym mamy do czynienia: dezinformacja za peerelu to było przedszkole w stosunku do dezinformacji zastosowanej na masową skalę w III RP. Komunistyczne, kołchoźnikowe media, mimo swojej hałaśliwości, blokad informacji, cenzury, zagłuszarek itd., serwowały różne (zaczynając od stalinowskiej, poprzez gomułkowską, a kończąc na gierkowsko-jaruzelskiej) wersje tej samej, sowieckiej indoktrynacji. Trzymano się więc pewnego „paradygmatu" sowietyzacji, od którego odstępstwa nie były możliwe - zmieniano jedynie opakowania, odchodząc np. od buraczanego „czarno-białego" socrealizmu[4] w stronę socrealizmu wyrafinowanego, jak serial „Czterdziestolatek"[5] albo porzucając ciosaną tępym dłutem propagandę kronik filmowych z lat 40. i 50. na rzecz „sympatycznego" Studia 2 w latach 70., „sympatycznego" programu informacyjno-muzycznego „Zapraszamy do Trójki" w latach 80. czy też pod koniec tychże lat, wesołego prania mózgu w postaci piętnastominutowego „Teleekspresu". Fundamenty czerwonej propagandy pozostawały nienaruszone: „kierownicza rola partii", „polska droga do socjalizmu", „sojusz z Krajem Rad", „demokracja socjalistyczna" i podobne banialuki, na straży których czuwali sowieciarze (i bratnia armia czerwona stacjonująca w naszym, tj. okupowanym przez nią, kraju). Można je było jakoś skrywać, przesłaniać na różne sposoby, lecz nie można było nagle powiedzieć, że któryś z nich jest zupełnie bez sensu. Maksymalne odchylenie od propagandowej, inżynieryjnej normy sprowadzało się do hasła „socjalizm tak, wypaczenia nie".
Natomiast propaganda pookrągłostołowa od samego początku charakteryzowała się wielką, niesamowitą, oszałamiającą wprost elastycznością. Potrafiła bowiem twórczo połączyć narzędzia sowieckiej pieriekowki (sporą część ludzi mediów czerwonego reżimu wzięła sobie ta nowa machina propagandowa z dobrodziejstwem inwentarza) z pewnymi tradycjami publikacji podziemnych oraz debat prowadzonych bez cenzury. Chylę czoło przed majstersztykiem takiej propagandy. W zależności bowiem od „mądrości etapu", w zależności od doraźnych celów, jakie stawiali sobie „właściciele Polski", że się posłużę tą figurą skonstruowaną przez premiera Olszewskiego, propaganda pookrągłostołowa potrafiła mówić o wieloaspektowym, głębinowym życiu kulturalno-naukowym w „najweselszym baraku" (kontrując w ten sposób zoologicznych antykomunistów domagających rozliczenia peerelu) lub o „moskiewskiej pożyczce", „postkomunistach", „lokalnych sitwach", a nawet, „esbekach" (przypominając zoologicznym antykomunistom iż nie mają „monopolu na opozycyjność"). Apogeum tej schizofrenii przypadło, jak wiemy, na rok 2005, kiedy to Michnik zdekonspirował ofertę Rywina i potem cała jego Czerska familia urządzała z połową salonów Warszawy lamentacje z powodu „cynizmu" i „monopolistycznych zapędów" R. Kwiatkowskiego, A. Jakubowskiej, a nawet L. Millera. Już nie pamiętano czasu, gdy całowano po rękach Millera za wprowadzenie postpeerelu do UE. Nawet Olejnik nie kryła w swoich programach swego świętego wzburzenia z powodu istnienia „grupy trzymającej władzę" (choć to przecież ona na klęczkach prowadziła wywiad z Millerem, gdy wrócił z tarczą po podpisaniu papierów akcesyjnych 1 maja 2004 r.). Były to te czasy, kiedy jeszcze J. M. Rokita często używał w niedzielno-porannych olejnikowych programach frazy „nasi przyjaciele z PiS-u", he, he.
Elastyczność propagandy pookrągłostołowej wyrażała się też w wyrafinowanej dekonstrukcji rozmaitych „tematów historycznych". Z jednej strony bowiem mówiono, ba, trąbiono na dachach o Katyniu, z drugiej jednak przypominano, że to jednak Rosja pokonała niemieckich faszystów i dlatego nie należy przesadzać z określeniami typu „sowiecka okupacja po II wojnie" czy, Broń Boże, mówić o "Ludowej Polsce" jako kolejnej sowieckiej republice. I znowu doczekaliśmy się arcydzieła w tej schizofrenicznej stylistyce, czego przykładem jest „Katyń" Wajdy, w którym występują zarówno źli enkawudziści, jak i dobry czerwonoarmista, chcący pomóc Polce szukającej wywiezionego męża. Z jednej strony ubolewano nad praktykami inwigilacji społeczeństwa przez peerelowskich bezpieczniaków, z drugiej - przypominano, że losy ludzkie są pogmatwane, niełatwo oddzielić mak od popiołu, a potępiając katów, można przy okazji spalić na stosie wiele ofiar. Arcydziełem wyrażającym tę schizofrenię można nazwać „Korowód" J. Stuhra, gdzie poczciwcem okazuje się rektor, który nie kryje tego, że jest starym partyjniakiem. Zresztą filmowcy i aktorzy na służbie propagandy III RP to w ogóle zagadnienie na osobny i długi esej - w tym miejscu warto wspomnieć jeszcze antyfaszystowskie „Uprowadzenie Agaty" (1993) M. Piwowskiego (który, jak słyszeliśmy, współpracował z SB „dla jaj"), gdzie przewinęła się plejada aktorów (z niezawodnym w takich sytuacjach Stuhrem-ojcem). Film ten, można powiedzieć, „dobijał konającego", gdyż zwalczał klerofaszyzm w postaci umiarkowanej, ZCHN-owskiej, gdy już po dekomunizatorach śladu nie było na polskiej scenie politycznej. W tę walkę z klerofaszyzmem (tym razem PiS-u) włączyła się inna niezawodna artystka, jeśli chodzi o salonowość, bo A. Holland w swoim arcyserialu „Ekipa", którego prawdopodobnie pies z kulawą nogą nie obejrzał w całości, a którego całą kolekcję ja trzymam jako dokument XXI-wiecznego, nowoczesnego socrealizmu. Ale, powiadam, to temat na osobne rozważania.
Propaganda pookrągłostołowa operowała jednak, jak klasyczna sowiecka inżynieria dusz, nie tylko sugestywnymi obrazami, wzorcami osobowymi, modelowymi sytuacjami i właściwymi poglądami, ale też dokonywała jednoznacznego potępienia „wrogów ludu". Marchewce towarzyszył więc od samego początku dość widoczny kijek. Słynne, wczesnotransformacyjne, sejmowe zawołanie Michnika o odmowie walki „bronią nienawiści" stanowiło bojowe hasło sterników opinii, którzy dniami i nocami ze wszystkich stron i sił, i na wszystkich kanałach, udowadniali Polakom, że większym złem jest antykomunista domagający się rozliczenia zbrodni komunistycznych aniżeli „starzy, schorowani ludzie", którzy być może popełnili w pradawnych dziejach coś złego, ale umiejmy okazać nieco miłosierdzia, nie zaś „bolszewickiego" czy „inkwizytorskiego" zacietrzewienia[6]. Kunsztowne, jeśli chodzi o konsystencję kłamstwa, określenie „mowa nienawiści", której tropieniem zajęli się specjaliści od puryzmu semantycznego w III RP, napęczniało znaczeniowo z czasem do tego stopnia, że już nie tylko antykomunizm, ale i eurosceptycyzm zaczął stanowić przejawy myślozbrodni (nie licząc takich ciężkich grzechów, jak poglądy antyaborcyjne czy sprzeciw wobec propagandy homoseksualizmu). Co ciekawsze, purystom nie przeszkadzała postępująca, metodyczna wulgaryzacja potocznej polszczyzny, ale akurat język pism prawicowych i związanych z nimi publicystów. Część z nas na przestrzeni lat traktowała te zabiegi purystów jako nieszkodliwe dziwactwa salonowych baranów, patrzyliśmy nawet przez palce na to, że w okresie rządów PiS-u już sami komuniści z tygodnika „Polityka" wraz ze swymi wiernymi czytelnikami, zabrali się bez żenady za wyszydzanie języka prawicowego (szczególnym upodobaniem darząc słowo „układ", oczywiście), dobierając sobie do grona ekspertów m.in. prof. M. Głowińskiego - tego samego, który w swoich pracach wydawanych w II obiegu zajmował się analizą komunistycznej nowomowy. Swoją drogą, kto by pomyślał, jak nieoczekiwanie potrafią się zbiegać ludzkie drogi, losy i style myślenia, prawda? Tymczasem zabiegi „namierzania", „wytykania" i dokumentowania myślozbrodni wrogów ludu to przecież były kolejne przejawy rekomunizacji III RP, czyli, mówiąc inaczej, dowody na powstawanie państwa policyjnego.
|

|
Seria European Images - Visit to Italy
|
Nie chcę przez to wszystko powiedzieć, że coś przespaliśmy przez te wszystkie lata, ale najwyraźniej nie do końca wierzyliśmy, że ta ubekizacja przyjmie takie rozmiary i zajdzie tak daleko. Bez wątpienia przyczynił się do niej burzliwy okres rządów PiS-u (szarpanych także przez, pożal się Boże, koalicjantów), kiedy nagle przed oczami koalicji pookrągłostołowej stanęło nagle widmo „rozbrojenia armii ludowej". Na temat głosów broniących (rozwiązywanego i rozwiązanego) WSI, ostrzegających przed tragedią na niewyobrażalną skalę, zagrożeniami dla „polskiej racji stanu" itd. można by, jak sądzę, książkę napisać. Warto jednak pamiętać, że murem za WSI stanęła właśnie i komuna, i konstruktywna opozycja, zaś propagandowo próbę zbudowania nowych, wolnych od sowieciarzy, służb wojskowych, machina zmieliła to za pomocą obrazów „harcerzy" szkolonych przez kilkanaście dni, „wykradania dokumentów", „ujawniania najcenniejszych źródeł i kontaktów", „niszczenia polskiego wywiadu i kontrwywiadu" itd. Wtedy mieliśmy też pokaz prawdziwej determinacji w bronieniu zdobyczy III RP i już wtedy było wiadome, że „właściciele" nie odpuszczą i wnet przystąpią do frontalnego kontrataku, czyli do przebudowy III RP zgodnie z wzorcami państwa policyjnego.
A. Besançon, analizując przesłania propagandowe związane z kultem Gorbaczowa i zapoczątkowanych przez niego „przemian", podkreślał, że słowo „pieriestrojka" miało tyle przeróżnych znaczeń, że tak naprawdę nie znaczyło nic określonego i pisał:
„Po co więc termin pieriestrojka jest w ogóle używany? Słowo to funkcjonuje jako rodzaj fetysza, magicznej formuły, której sens jest celowo mglisty i której prawdziwym znaczeniem jest sens, jaki nadaje jej partia, a inaczej mówiąc - sekretarz generalny. To, co postanowi Gorbaczow i partia, jest pieriestrojką. Dlatego zadaniem każdego komunisty i każdego obywatela sowieckiego jest publiczne popieranie pieriestrojki, co też czynią oni w niezliczonych artykułach, przemówieniach i rezolucjach uchwalanych na zebraniach. Przede wszystkim zaś każdy boi się, że zostanie oskarżony przez sąsiada, iż tylko udaje zwolennika pieriestrojki, a potajemnie działa przeciwko niej. (...) Powinno się w nią wierzyć lub udawać, że się wierzy. Pieriestrojka jest odezwą, wezwaniem. Ci, którzy odpowiedzą na to wezwanie, zyskują prawo do bycia słyszanym nad głowami tych, którzy próbują hamować jej dalszy postęp..."[7]
I nieco dalej o „głasnosti":
„Znaczenie tego słowa jest równie nieokreślone, a funkcje pełni ono rozmaite. Pierwsza (...) polega na zaszczepianiu w umysłach ludzkich przekonania, że coś się naprawdę zmienia, że czas zabrać się do pracy, że odtąd każdy będzie wynagradzany odpowiednio do swego wysiłku, a złodzieje i obiboki będą karani. Głasnost' ma wzbudzić zaufanie do reżimu, sprawić, że ludzie zapomną o jego dwulicowości. Jeśli udałoby się przywrócić to zaufanie, partia mogłaby mieć nadzieję, że zdoła przezwyciężyć rozbieżność myśli i słów, za pomocą której obywatele sowieccy się jej wymykają. Tak więc głasnost' służy do manipulowania odruchowym poczuciem sprawiedliwości i wspólnego dobra w celu zwabienia ludzi do jarzma partyjnej dyscypliny.
Druga jej funkcja to popularyzowanie powszechnego prawa, a raczej powszechnego obowiązku krytykowania wrogów pieriestrojki (...). Funkcja trzecia polega na wykorzystywaniu zachodnich środków przekazu jako instrumentu sowieckiej propagandy wewnątrz kraju, gdzie propagandzie tej na ogół się nie wierzy (...) Czymkolwiek jeszcze byłaby głasnost', nie jest ona wolnością informacji. Jej tematyka jest odgórnie narzucana."[8]
Jeśli wstawimy w miejsce „pierestrojki" - „transformacja", a w miejsce „głasnosti" - „demokratyzacja" - uzyskamy całkiem niezły opis mechanizmów współczesnego, pookrągłostołowego, polskiego państwa. Ale nawet nie dokonując takich podstawień, możemy powiedzieć, że w Polsce dokonano po prostu pieriestrojki nie zaś żadnego radykalnego odejścia od systemu komunistycznego. Taką tezę zresztą głosi A. Besançon, zaznaczając, że to właśnie w Polsce pieriestrojka udała się komunistom najlepiej. Na tym więc polega nasz podstawowy problem, że w momencie paktu okrągłostołowego zawiązała się monopartia, składająca się z konstruktywnej opozycji i komunistów, która a priori odrzuciła formułę konstruowania wolnego państwa. Jeśli uzmysłowimy sobie, że tak naprawdę to konstruktywna opozycja nie obaliła komunistycznej dyktatury, lecz ochoczo włączyła się w proces ewolucji systemu komunistycznego, to odpowiedź na pytanie, dlaczego Polska przyjmuje postać Rzeczpospolitej Policyjnej jest o wiele łatwiejsza do znalezienia. System komunistyczny ewoluuje bowiem wyłącznie od jednej formy opresji do drugiej, zmieniając po drodze siatki maskujące. Ktoś może jednak powiedzieć, że przecież znikła, jak ręką odjął, komunistyczna indoktrynacja[9]. A może nie znikła... tylko się zwyczajnie zmie-ni-ła? Zmie-ni-ła, powtarzam[10]. Tak jak można przebudować i przemalować budynek, tak też można przekształcić indoktrynację, zwłaszcza, jeśli się kontroluje całą jej machinę.
Tym niemniej, by państwo policyjne skutecznie funkcjonowało, należało nie tylko propagandowo panować nad opinią publiczną, ale i umiejętnie zarządzać (wygenerowanymi) konfliktami społecznymi. W III RP jeden z najważniejszych tego typu konfliktów (a może i najważniejszy), którego katalizowaniem zajmowali się eksperci od inżynierii dusz oraz pookrągłostołowi politycy, było starcie zwolenników radykalnego odcięcia się od peerelowskiego dziedzictwa z - tu uwaga - zwykłymi, normalnymi ludźmi, chcącymi budować zwykły, normalny, zachodni kraj. Zastosowano w ten sposób dokładnie taki sam mistrzowski manewr, jak tuż po II wojnie, kiedy to sowieciarze „budowniczym Polski", „ludowi odgruzowującemu ukochaną stolicę ze zniszczeń", „prostym robotnikom i chłopom" przeciwstawiali „leśne bandy" siejące terror i zniszczenie. Mistrzostwo polegało na tym, że partyzantów portretowano jako wrogów zwykłych, normalnych ludzi, nie zaś jako ludzi zwalczających prosowieckich zaprzańców. No i analogicznie przeciwstawiono po 1989 r. (choć tę dychotomię ukuto za esbeckimi biurkami we wczesnych latach 80.) antykomunistów, czyli oszołomów - zwykłym, normalnym ludziom, wyciągającym Polskę z kryzysu. Tak samo więc, jak po wojnie najważniejsza była „odbudowa ze zniszczeń i odgruzowywanie" resp. „powrót do normalnego życia", tak począwszy od „historycznego porozumienia" z 1989 r. najistotniejsze było „wyjście z kryzysu gospodarczego" i, rzecz jasna, „powrót do normalności". Tak samo jak po II wojnie wyciszano (także fizycznie) głosy domagające się wyjaśnienia, dlaczego pod takimi auspicjami ma się „wychodzenie ze zniszczeń" odbywać, tak po „okrągłym stole" zapanowała dogmatyka „transformacji i demokratyzacji" i ci, co chcieli się dowiedzieć, jak to jest, że czerwoni okazują się grupą uprzywilejowaną w procesie „wychodzenia z kryzysu" (spowodowanego przez tychże czerwonych przecież!), musieli się po prostu zamknąć lub też zdać na status „frustratów" i autsajderów. Zarządzanie konfliktami społecznymi wymknęło się jednak w 2005 r. na chwilę spod kontroli. Koalicja postkomunistyczna wstrzymała wtedy oddech na chwilę, a wiele osób trzęsło portkami na myśl, że upiorne widmo „roku 1992" i „nocy teczek" powraca.
Tę historię znamy znakomicie, ale ja pragnę zwrócić uwagę wyłącznie na jedno. Właśnie okres rządów kaczystów był dla koalicji postkomunistycznej (udającej opozycję) okazją do sięgnięcia do rezerwuaru komunistycznej indoktrynacji i czasem jej wielkiego, tryumfalnego powrotu. Oczywiście, powróciła ona z odpowiednim retuszem, stosownie do wytycznych „walki o demokrację" czy „walki z totalitaryzmem", „putinizacją", „Białorusią" etc., ale powróciła po prostu jako „walka z faszyzmem" i „walka z nacjonalizmem". Ujrzeliśmy nagle armię ludową w pełnym rynsztunku i całkowitej mobilizacji. Ze szpar w podłodze, z nor przeróżnych, z ruder, skądkolwiek się dało, wyłaziły zombies z Rakowskim, Kiszczakiem i Jaruzelem na czele, a obok nich ustawiali się w gotowi do boju obrońcy demokracji z konstruktywnej opozycji i ten cały szwadron zgodnym chórem przemawiał przeciwko klerofaszyzmowi PiS-u. Mobilizowano do walki z klerofaszyzmem wszystkich - od leśnych dziadków, jak Waldemar Kuczyński, Tadeusz Mazowiecki czy Kazimierz Kutz po otumanioną młodzież gimnazjalną (tu znowu nieoceniona rola wyczulonych na zmiany wichrów dziejów, nauczycieli), by po raz kolejny dowieść, że faszystowska dzicz domagająca się radykalnej zmiany w Polsce, zagraża zwykłym, normalnym ludziom.
I, nie ma co ukrywać, skomplikowany zabieg się udał, indoktrynacja poskutkowała, a myśmy zobaczyli peerel w pełnej, odnowionej, krasie i być może niejeden/niejedna z nas lepiej zrozumiał, że z komuną naprawdę nie ma żartów (choć wydawało się nam, że wiedzieliśmy to już dawno).
Co do form oporu, jakie można zastosować wobec państwa policyjnego, to pamiętamy je z okresu komuny, więc chyba z ich zorganizowaniem nie będzie większego problemu.
Na koniec jeszcze jedna myśl Besançona:
„Putin (...) nie potrzebuje wcale opierać się na komunizmie, wie bowiem doskonale, że komunizm jako wiara już się skończył. Podkreślam: jako wiara, lecz nie jako sposób sprawowania władzy."[11]
Te słowa dotyczą nie tylko Rosji - także obecnej RP.
Free Your Mind
http://www.rp.pl/artykul/2,295586_Rosja_broni_Sowietow_.html
http://www.rp.pl/artykul/2,295323_PiS_ma_przeprosic_za_spot.html
http://www.rp.pl/artykul/9133,294974_Piotr_Semka__Prokuratorzy_zajma_sie_historykami.html
http://www.rp.pl/artykul/2,295003.html
http://www.polskieradio.pl/jedynka/sygnalydnia/?id=18874
http://www.przekroj.pl/ludzie_rozmowy_artykul,4530.html
http://fakty.interia.pl/polska/news/klich-w-polsce-powstanie-wazny-osrodek-nato,1295397
http://freeyourmind.salon24.pl/587679.html
http://freeyourmind.salon24.pl/587679.html#comment-3693175
http://freeyourmind.salon24.pl/587679.html#comment-3693904
http://freeyourmind.salon24.pl/587679.html#comment-3694086
http://freeyourmind.salon24.pl/587679.html#comment-3694196
http://www.dziennik.pl/wydarzenia/article366823/Antyterrorysci_pracowali_dla_bandytow.html
http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=752
http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=756
[1] Por. „Teczki czyli widma bezpieki. „Czarny scenariusz czerwcowego przewrotu", red. J. Snopkiewicz, A. Jakubowska i D. Wilczak, Polska Oficyna Wydawnicza BGW, Warszawa 1992. Sam dobór „redaktorów" świadczy o intelektualnej sile rażenia tejże trudnej dziś do zdobycia książki. Ale takich jest więcej, oczywiście, np. „Byłem człowiekiem Kiszczaka. Generał Marek Ochocki w rozmowie z Krzysztofem Spychalskim", Wydawnictwo „Athos" Łódź 1992 czy publikacje „Goebbelsa stanu wojennego" itd. Co do tej pierwszej książki, to może zacytuję jeden wymowny fragment: „4 czerwca, czwartek. Posiedzenie Sejmu zaczęło się o dziewiątej. Po trzydziestu minutach do gmachu Sejmu wkracza minister Antoni Macierewicz. Wokół niego wianuszek ochroniarzy z grupy specjalnej. W lewym ręku czarna, skórzana teczka a w niej koperty z nazwiskami. W prawym fajka. Marszałek Chrzanowski zarządza półgodzinną przerwę. Będzie trwała dwie godziny. W trakcie przerwy przewodniczący klubów odbierają koperty. Nie odbiera swojej jedynie Jan Krzysztof Bielecki. Później rzecznik prasowy MSW Tomasz Tywonek stwierdzi, że w kopertach znajdują się jedynie materiały informacyjne na temat zasobów archiwalnych Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Nikt jednak o tej porze nie bawi się w niuanse i gry słowne. Wszyscy są przekonani, że na listach są agenci. Dziennikarze uważnie patrzą w twarze posłów. Posłanka Unii Demokratycznej płacze. Na posiedzeniu klubu KPN po informacji, że Moczulski jest na liście zapanuje głucha cisza, a także - jak powie jeden z posłów tej partii - bezsilna nienawiść. Zadowolony jest Jarosław Kaczyński. Żaden z posłów PC nie znalazł się na liście. Wysoki rangą funkcjonariusz MSW jest przekonany, że Kaczyński miał dostęp do archiwum przed wyborami. Selekcjonował kandydatów na posłów z PC. Sam się do tego między wierszami przyznawał w różnych wypowiedziach.
Marszałek Chrzanowski wznawia obrady. Po sali przechodzi nerwowy śmiech, bo marszałek po dwóch godzinach przerwy zaczyna stwierdzeniem, że uzupełnia obrady o... uchwałę w sprawie zasad i tytułu uprawnień do bezpłatnych przejazdów PKP. Marszałek już wie, że też jest na liście. Plotka głosi, że kiedy wieczorem oznajmił Lechowi Wałęsie, iż musi zrezygnować z funkcji marszałka Sejmu, gdyż jest na liście, prezydent odpowie mu: Co się Pan przejmujesz. Ja też jestem." (s. 48).
[2] Gwoli ścisłości „zmiany legislacyjno-prawne" zaczęły się, a jakże, za głębokiego peerelu, wszak w kwietniu 1989 dokonano pookrągłostołowej „nowelizacji" „Konstytucji" z 1952 r., przewidującej „wybory" oraz pewne zmiany w administracji państwowej („dwuizbowy parlament", „urząd prezydenta", wzmocnienie „władzy sądowniczej"). Okazało się więc nagle, że komunistyczny „parlament" może po kilkudziesięciu latach swojego bezsensownego istnienia, nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wygenerować podstawy nowego zupełnie porządku prawnego. I to nie takiego, jak ten kreowany przez „nowelizację" z 1976 r., kiedy to wiernopoddańczo wyrażano i wzmacniano sojusz z bratnim Związkiem Sowieckim.
Oczywiście ten porządek był od początku iluzoryczny, gdyż senat wtedy stanowił jedynie „izbę refleksyjną", a „prezydent", jak otwarcie pisał D. Dudek we wprowadzeniu do „małej konstytucji" z 1992 r.: „stanowić miał rękojmię bezpieczeństwa dla establishmentu PRL" (por. „Konstytucja Rzeczpospolitej Polskiej" Lublin 1996, s. 11). „[O]mawiana nowela", dodawał Dudek, „nie dotknęła literalnie żadnego przepisu w rozdziale 8 konstytucji, normującym prawa i obowiązki obywateli, co oznaczało utrzymanie dotychczasowej koncepcji statusu jednostki, m.in. z pierwszeństwem interesu państwa, jako twórcy i regulatora uprawnień, z wąskim zakresem praw wolnościowych obok szeroko deklarowanych praw socjalnych, przy braku równości praw obywateli ze względu na przekonania i przynależność partyjną" (j.w.). Poważne zmiany wprowadzono już po „kontraktowych wyborach" ale dopiero pod koniec grudnia 1989 r. - Bogu zapewne „parlamentarzyści" musieli dziękować, że zmiany dotyczące „konstytucji PRL" mogli wprowadzić nim „rok ów" dobiegł końca. Oprócz nowej nazwy państwa, nowego godła, konstruktywna opozycja wraz z komunistami wprowadziła zapis o tym, że „Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej" (art. 1 „konstytucji" z 1992 r.), który w niezmienionym brzmieniu znalazł się w „konstytucji z 1997 r." (jako art. 2), wysyłanej nam do domów przez „prezydenta Kwaśniewskiego" z jego osobistym wstępem. Zwracam uwagę na ten artykuł, ponieważ uważany jest on za fundamentalny, zaś w wywiadzie „na 20-lecie" dla komunistycznej „Polityki" „generał Jaruzelski" stwierdził, że to był jego pomysł z tym fundamentem. Dobrze więc, że przynajmniej znamy jednego z najważniejszych polskich „konstytucjonalistów", choć byli i inni przewybitni, jak Mazowiecki, Geremek, Cimoszewicz czy Kwaśniewski. Szczególnie ważne jednak - gdy mówimy o podstawach prawnych III RP - jest to, że 1) opracowywano je skrupulatnie już po obaleniu rządu Olszewskiego i oddaleniu widma dekomunizacyjnej zagłady, 2) w prace nad nimi włączono, „jak gdyby nigdy nic", komunistów. Było to coś analogicznego do pozostawienia przepisów „konstytucji" z 1952 r. wśród przepisów „małej konstytucji" z 1992 r. W tym kontekście (jeśli dodamy do niego to, co wyrabia postkomunistyczna koalicja PO-PSL-SLD) zarazem łatwiej zrozumieć, dlaczego III RP to postpeerel z coraz bardziej słabnącym prefiksem „post".
[3] Przykładowo opublikowana swego czasu przez bezpieczniackie, komunistyczne „NIE" fałszywka dotycząca J. Kaczyńskiego zmontowana przez specjalistów już, co warto podkreślić, po „obaleniu komunizmu", zostaje ponownie wyciągnięta na światło dzienne (a raczej medialne) przez Janusza P., zaś w porannym, radiowym programie 25 kwietnia 2009 w zetce, M. Olejnik dopytuje dyskutantów „a może coś nowego znalazło się na Kaczyńskiego?" W ten sposób można właściwie bez końca przedłużać debatę wokół wypuszczonej dezy.
[4] Pozytywni bohaterowie budujący socjalizm kontra „reakcyjne bandy", „bumelanci", „agenci imperializmu", „szpiedzy Watykanu" etc.
[5] Niezorientowanych odsyłam choćby do pierwszego, socrealistycznego odcinka tego serialu, kiedy główny bohater przypomina sobie swoją junacką przeszłość. Swoistą, choć wyjątkowo żenującą, próbą powrotu do przeszłości był sequel „Czterdziestolatka" (20 lat później) dokręcony we wczesnych latach „transformacji".
[6] Nawiasem mówiąc, pamiętam, jak M. Borowski porównywał w latach 90. lustrację do inkwizycji.
[7] Por. „Świadek wieku" t. 1, „Fronda", Warszawa 2006, s. 399.
[8] jw., s. 400-401.
[9] W ten sposób rozmaici inżynierowie dusz „dowodzą", że komunizm to właściwie tylko pewien specyficzny język, nic więcej. Wystarczy więc zmiana języka i komunizm znika. Problem jednak w tym, że np. „psychuszki", „procesy pokazowe" czy „łagry" to nie tylko wyrażenia.
[10] Warto by dokonać osobnego studium zmian leksykalnych i frazeologicznych, jakie do swojego języka wprowadzili marksiści i komuniści, przebierając się w socjaldemokratów, „liberałów" i „oświeconą lewicę". Pewne jednak elementy dawnej „mowy do ludu" pozostały, jak np. „walka z faszyzmem", „walka z klerykalizmem", „walka o wyzwolenie", „równouprawnienie", „patriotyzm to nacjonalizm", „liczy się człowiek" itp.
[11] „Świadek...", s. 251.
|
pomysł dobry, bo...
no, Panie, obaj z...
to prawda, rola N...
To jest bardzo, b...
... że na nic n...
Zgadzam się co d...
niewykluczone, ż...
Zatem mamy sytuac...
wiele zależy wł...
No, ale wyczekiwa...