Brama Wjazdowa

U Bramy
Wartownicy
Souvenir

Wiza wjazdowa

Wędrowiec zapomniał hasła?
Wędrowiec zapomniał nazwę?
Wędrowiec chce założyć konto?

Archiwum

Smoleńsk 2010

PayPal

Dziękujemy Państwu za finansowe wsparcie Miasta

Kwota: 

Najnowsze komentarze

Odsłon : 943142
Rzeczpospolita Policyjna
Free Your Mind   

J. Targalski stwierdził w jednym z niedawnych wywiadów, że już jesteśmy w państwie policyjnym. Powtórzył to w jednym z komentarzy na moim blogu, co z kolei wywołało pewną irytację K. Kłopotowskiego, który zaczął domagać się oszczędności w słowach. Tymczasem określenia „państwo na wpół policyjne" użył także P. Gontarczyk (w wielu mediach słowa „na wpół" wypadły oczywiście po drodze, jak to w klasycznym polskim głuchym telefonie), gdy się okazało, że książką dotyczącą współpracy L. Wałęsy z SB zajęła się prokuratura. Jednocześnie warszawski sąd okręgowy wydał pod koniec kwietnia 2009 r. bezprecedensowy wyrok w sprawie... telewizyjnego spotu jednej z partii, która zaatakowała inną partię - zakazując jego emisji oraz nakazując przeprosiny.

Po czym można poznać państwo policyjne? Po pierwsze rozpoznaje się je po wszechwładzy sił, które dysponują środkami przymusu i które to siły doprowadzają do posłuszeństwa, upokorzenia lub rozmaitych sankcji osoby niepoddające się systemowi opresji. Ktoś mógłby powiedzieć, że w XXI wieku niemożliwe jest zbudowanie totalitaryzmu w świetle jupiterów, w dobie Internetu oraz swobodnego podróżowania. Nic bardziej błędnego. Podróże można dość łatwo ograniczyć, jeśli tylko z obywateli uczyni się chłopów pańszczyźnianych, Internet można przydusić za pomocą paru technicznych sztuczek (szykuje to właśnie UE, co zapewne skwapliwie wykorzystają polskie władze), zaś jupitery zawsze można skierować na jakiś przyciągający gawiedź show. I po sprawie.

KrzysztofMazurdoFYMRzeczpospolitaPolicyjna

Krzysztof Mazur

Państwo policyjne wcale nie musi od razu wyglądać jak NRD, gdyż skuteczności tego rodzaju porządku społeczno-politycznego nie mierzy się ilością więźniów politycznych czy zabitych uciekinierów na granicy. Ludzi można wysterować, by chodzili jak w zegarku, jeśli nauczy się ich mówić jednym głosem, zaś wszelkie głosy sprzeciwu będą niesłyszalne lub dokładnie wytłumione. Państwo policyjne rozpoznaje się po drugie po wypowiedziach typu „nie będzie tak źle" albo „oni nie są tacy źli" - wypowiedzi takie zdradzają świadomość, że coś jest nie tak, lecz zarazem ta świadomość skrywana jest pod osłoną konformizmu lub po prostu tchórzostwa.

Demokracja bez wartości może się zamienić w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm - oznajmił Jan Paweł II... w polskim parlamencie. Wprawdzie część pożytecznych idiotów natychmiast zaczęła „odcinać się" od tego stwierdzenia, dowodząc, że papież zwyczajnie nie pojmuje zawiłości demokracji, zawiłości, w które zwykle każdy pożyteczny idiota ma wgląd jak Platon w sferę bytów idealnych, jednakże jasne było to, że ta przestroga największego z Polaków dotyczy właśnie nas, Jego rodaków i naszego sposobu urządzania polskiego państwa. Ja zaś od 1989 r. zadaję sobie jedno, fundamentalne pytanie, na które zresztą po dziś dzień nie znam odpowiedzi: na jakich właściwie wartościach budowana jest polska demokracja?

Mniej więcej każdemu rozgarniętemu człowiekowi wydaje się, że wie, o co chodzi z demokracją, tzn. że ma głosować co jakiś czas, ma regularnie płacić podatki, nie wychylać się, a państwo nie będzie mu wchodzić w drogę za pomocą złośliwych przepisów lub urzędników oraz będzie go bronić przed przestępczością lub zagrożeniami międzynarodowymi. Czy jednak rozgarnięty człowiek wie, na czym polega demokracja totalitarna? Jej przedsmak mieliśmy wprawdzie za komunizmu, wszak „najlepszy z ustrojów" nazywano „demokracją socjalistyczną". Oczywiście, z jakąkolwiek formą praworządności nie miało to prawie nic wspólnego, ale zauważmy - komunizm umiał naśladować, kopiować pewne struktury administracyjno-państwowe, umiał stwarzać pozory normalnego państwa (czasami łapał kryminalistów, czasami umożliwiał jakiś częściowy, koncesjonowany rozwój kultury, czasami pozwalał na rozwój nauki, przynajmniej w jakichś wąskich obszarach), czyli był już o krok od stworzenia takiej alternatywnej rzeczywistości, w której realni ludzie egzystują w totalnej, fatalnej fikcji, z której nie ma żadnej ucieczki, a zarazem dochodzą do wniosku „może nie jest tak źle"; „jakoś daje się żyć". Demokracja totalitarna jest w stanie doprowadzić proces „dublowania rzeczywistości" do perfekcji. Przeciętny obywatel może wnet uzyskać świadomość, że wszystko jest normalnie i nawet nie łamać sobie głowy, iż coś może być nie tak, zaś za górami, za lasami, ale dookoła, będą się rozciągać druty kolczaste i wieżyczki strzelnicze.

EuImgItaly4

Seria European Images - Visit to Italy

P. Semka pisze w jednym ze swoich felietonów w „Rzeczpospolitej" o „aksamitnym zamordyzmie". Gontarczyk z kolei opowiada o dwóch próbach włamania do jego domu, gdy zajmował się książką o Wałęsie. B. Borusewicz natomiast - a propos bezprecedensowego dochodzenia w sprawie historyków IPN-u - powtarza w trakcie radiowego wywiadu, jak automat, że „klauzulowanych materiałów nie można ujawnić". I to głos marszałka senatu jest wiążący w tej sprawie, a nie Semki czy Gontarczyka. Polskie państwo uruchamia się bowiem na gwizdek, jeśli tylko jest po temu poważna potrzeba. Włącza się do chóru niezawodny w takich sytuacjach mentor III RP, czyli A. Michnik, który głosi, że komunista A. Kwaśniewski trafnie nazwał IPN „instytutem kłamstwa narodowego", zaś lustracja Michnikowi kojarzy się wprost z bolszewizmem. Michnik z Kwaśniewskim mówiący jednym głosem? Nie pierwszy raz. Nieważne zresztą już jest to, kto tu jest brzuchomówcą, a kto pajacem trzymanym na ręce przez tego pierwszego. Najgorsze jednak jest to, że czujemy się, jak w jakiejś kołomyi, bo to wszystko już na różne sposoby było. Cały ten ponury spektakl już oglądaliśmy po wielokroć.

Istotę państwa policyjnego wyznacza instrumentalne podejście nie tylko do praworządności, lecz przede wszystkim do prawa. Debatujemy nieraz o błędach, które stanowią pewien zestaw fałszywych przesłanek, na których zbudowano III RP. Aleksander Ścios mówi o mordzie założycielskim, jakim było zabójstwo ks. Jerzego Popiełuszki. Ja zaś już nieraz wygłaszałem tezę, że III RP swój początek bierze w stanie wojennym (i to nie tylko z tego powodu, że Jaruzel twierdzi, iż bez stanu wojennego nie byłoby „okrągłego stołu"). Komuniści zresztą wielokrotnie dowiedli, że prawo jest czymś, czego się dostarcza ex post dokonanych zbrodni na zasadzie pewnego „usprawiedliwienia" i „zalegalizowania". Jednakże to nie o komunistów teraz chodzi, a o tzw. konstruktywną opozycję.

Czemu bowiem krzepnie cały ten pookrągłostołowy porządek i establishment, czemu mija 20 lat, a my wciąż jesteśmy u początku drogi? Otóż krzepnie dlatego, że konstruktywna opozycja uznała, iż transformacja zapoczątkowana przez Bezpiekę możliwa jest do przeprowadzenia wyłącznie z udziałem Bezpieki i to nawet bardziej z udziałem Bezpieki aniżeli społeczeństwa (bo ono również (oprócz prawa) zostało potraktowane instrumentalnie). Ludzie sowieckiego systemu represji byli i są więc „nie do wyeliminowania" z polskiego życia społeczno-politycznego i w tym sensie „powinni" pozostać w nim na długie dziesięciolecia. Z tego też powodu lustracja była i jest „zamachem na demokrację" (a nawet „zamachem stanu" jak w 1992 r.[1]), zaś likwidacja WSI - zamachem na bezpieczeństwo państwa, wewnętrzne i zewnętrzne. Z tego powodu ponadto majstrowano przy podstawach prawnych państwach niemalże w taki sposób, w jaki wyciągała z czapki swoje dekrety „władza ludowa", których legalizacja polegała na tym, że po prostu drukowano je z pomocą „towarzyszy radzieckich". Od 1989 r. bynajmniej nie zmieniono prawa od razu, tylko najpierw robiono „domurówki" do budowli peerelu[2], a następnie „małą konstytucję", a potem jeszcze większą konstytucję, przy czym konstruowano ją tak, by zadowalała „wierzących i niepodzielających tej wiary", a zarazem by uwzględniała to, czy akurat na czele państwa stać będzie komunista związany z Bezpieką, jak choćby Kwaśniewski czy może ktoś z konstruktywnej opozycji.

Myślenie to można zobrazować w taki sposób (już tę metaforę raz przywoływałem w innym tekście o legalizacji peerelu), jakby policja stwierdziła, że dłuższa walka z mafią nie ma sensu, bo mafii zlikwidować się nie da, a ponieważ w mafii jest sporo dzielnych i bitnych ludzi, umiejących posługiwać się bronią, to należy wspólnie z mafią rządzić miastem i wraz z mafią wysyłać patrole dla bezpieczeństwa obywateli. Nieszczęsny „okrągły stół" okazał się więc nie tylko legalizacją peerelu, ale też legalizacją mafii. Jeśli zaś ktoś wchodzi z mafią w kooperację na długie lata, to nic dziwnego, że z czasem obrona tej kooperacji staje się „obroną racji stanu". Jeśli państwo to „my", czyli „negocjatorzy okrągłostołowi" - to każdy, kto ośmiela się kwestionować porządek „kooperacji" komunistów i konstruktywnej opozycji, jest zagrożeniem dla państwa. Dokładnie taką samą logikę stosowali czerwoni, gdy ktoś usiłował podważać „przewodnią rolę partii" - kto bowiem atakował komunizm, ten prowadził „działalność antypaństwową" i był ścigany przez sowieckie „prawo" lub pałowany na ulicy. Nawiasem mówiąc, pozostając w tej metaforze nie jesteśmy daleko od prawdy, ponieważ właśnie (kwiecień 2009) się okazało, że niektórzy łódzcy antyterroryści to zarazem członkowie gangu. Czy nie jest to jakiś generalny obraz III RP? Czy spora część polskich polityków nie jest po prostu gangsterami?

W takiej jednak sytuacji obywatele poczuwający się do jakiejś odpowiedzialności za państwo, niegodzący się na zastany porządek mogą mieć poważny problem. Doskonałość kulturowej zbrodni, jaką jest konstrukcja III RP, polega bowiem na tym, że wykorzystuje się tu mit „wolnego, demokratycznego, zachodniego państwa". O ile jeszcze „Polska Ludowa", odwołując się do mitologii nowego państwa (vs „skompromitowana, przedwojenna, pańska Polska" oraz „skażona liberum veto i anarchią I RP"), miała jednocześnie za sobą Moskwę i zagony armii czerwonej, więc zmuszona była przedstawiać „wielkość, piękno i czar" kultury rosyjskiej i sowieckiej, a więc tak czy tak wychodziły te sowieckie bagnety zza pleców „luminarzy" - o tyle III RP, zwana zrazu (tj. od 29 grudnia 1989) dla jeszcze większego zamętu po prostu „RP", od samego początku budowała mit „powrotu do Europy (resp. wolnego świata"), „odzyskania zachodniego kształtu państwowości i praworządności", słowem, mit budowania takiego państwa, o jakie walczyli Polacy w czasie II wojny, w powstaniu antysowieckim, państwa o jakim marzyło się na emigracji wewnętrznej i zewnętrznej. I chyba do tego sprowadza się największy fałsz III RP. Wspomniany mit wziął się oczywiście stąd, że „wiekopomnych zmian" dokonywali przedstawiciele konstruktywnej opozycji - jakiekolwiek więc krytykowanie ich „misji" nie wchodziło w grę, a kto ośmielał się krytykować był kimś na kształt peerelowskiego „wroga ludu".

Kiedy słucha się tych polskich polityków (a słuchamy tego, co mówią, już od 20 lat) to włos się na głowie jeży, z jaką nędzą intelektualną mamy do czynienia. I co do tej nędzy (poza nielicznymi wyjątkami, jak Olszewski, Macierewicz, Kaczyńscy itp.) nie ma najmniejszych wątpliwości. Już nie chodzi o Wałęsę, który, rzecz jasna, pozostaje klasykiem mowy polskiej (J. Bralczyk poświęcił mu kilka lingwistycznych analiz, ale to było jeszcze w czasie, gdy w dobrym tonie wśród ludzi salonu było naśmiewanie się z prostactwa byłego przywódcy Solidarności, dziś gdy Wałęsa płacze na spotkaniach z młodzieżą, to salonowcy również płaczą), ale o wiele wiele nazwisk, których nawet nie chcę w tym miejscu wymieniać. Słuchanie tych ludzi jest podwójną męką, ponieważ oni nie mają nic do powiedzenia, niewiele robią, poza załatwianiem swoich własnych interesów, a zarazem mają doprawdy znakomite samopoczucie (jest ono wyrazem tego okrzepnięcia pookrągłostołowego status quo). Gdy się jeszcze sięgnie po teksty przedwojennych polskich polityków, to po prostu przepaść, jeśli nie otchłań rozciąga się między życiem politycznym w II RP a tym establishmentem, który wyłonił się po 1989 r., każąc się nazywać „klasą polityczną". Sęk w tym, że ta nędzna klasa polityczna ma realną władzę w naszym kraju i naprawdę decyduje o naszych losach, a nawet, gdyby chciała, może zabrać się za nowych „wrogów ludu" za pomocą metod policyjnych, doprowadzonych do perfekcji w okresie komunistycznym.

Państwo policyjne poznaje się poza tym po ścisłej kooperacji ludzi mediów i ludzi służb specjalnych. W Polsce ta współpraca nie polega wyłącznie na tym, że publikowane są rozmaite komprmateriały, że do debaty publicznej regularnie wpuszczane są szczury, że nieustannie i z całkowitą premedytacją przekręca się rozmaite wypowiedzi lub fakty, nadając im szlif propagandowy taki, by wywoływały niszczący przeciwnika politycznego efekt[3]. Polega ona też na tym, że właściwie trudno rozstrzygnąć w wielu przypadkach, czy mamy do czynienia z dziennikarzami czy po prostu z funkcjonariuszami Bezpieki na etatach dziennikarskich. Oczywiście wielu ludzi mediów nie legitymuje się przed widzami żadnymi bezpieczniackimi dokumentami, jednakże ich maniery, styl pracy i profesjonalizm w działaniach dezinformacyjnych wskazują na to, że nie są to w ogóle osoby trudniące się fachem dziennikarskim, tylko ten fach traktujący jako przykrywkę, legendę. Warto w tym miejscu przypomnieć, że ten stan rzeczy (tzn. zatarcie granic między pracą w mediach (czy szerzej w kulturze) a służbą Bezpiece) został wypracowany za czasów komunistycznych.

 

EuImgItaly7

Seria European Images - Visit to Italy

W III RP nie uczyniono nic, by dezinformacyjną machinę zatrzymać - wprost przeciwnie, nadano jej niebywały i nawet niespotykany w okresie peerelowskim, rozmach. Wystarczy wskazać na takie molochy, jak „GW" czy TVN24 (nie rozglądając się daleko, a przecież jest wiele innych środków dezinformujących), by dostrzec różnicę między mediami pracującymi nad zdeformowaniem obrazu rzeczywistości, a tymi siermiężnymi deformatorami, jakimi były pezetpeerowskie tuby propagandowe. Zabrzmi to zapewne nie za wesoło, a nawet obrazoburczo, lecz to zwykła konstatacja tego, z czym mamy do czynienia: dezinformacja za peerelu to było przedszkole w stosunku do dezinformacji zastosowanej na masową skalę w III RP. Komunistyczne, kołchoźnikowe media, mimo swojej hałaśliwości, blokad informacji, cenzury, zagłuszarek itd., serwowały różne (zaczynając od stalinowskiej, poprzez gomułkowską, a kończąc na gierkowsko-jaruzelskiej) wersje tej samej, sowieckiej indoktrynacji. Trzymano się więc pewnego „paradygmatu" sowietyzacji, od którego odstępstwa nie były możliwe - zmieniano jedynie opakowania, odchodząc np. od buraczanego „czarno-białego" socrealizmu[4] w stronę socrealizmu wyrafinowanego, jak serial „Czterdziestolatek"[5] albo porzucając ciosaną tępym dłutem propagandę kronik filmowych z lat 40. i 50. na rzecz „sympatycznego" Studia 2 w latach 70., „sympatycznego" programu informacyjno-muzycznego „Zapraszamy do Trójki" w latach 80. czy też pod koniec tychże lat, wesołego prania mózgu w postaci piętnastominutowego „Teleekspresu". Fundamenty czerwonej propagandy pozostawały nienaruszone: „kierownicza rola partii", „polska droga do socjalizmu", „sojusz z Krajem Rad", „demokracja socjalistyczna" i podobne banialuki, na straży których czuwali sowieciarze (i bratnia armia czerwona stacjonująca w naszym, tj. okupowanym przez nią, kraju). Można je było jakoś skrywać, przesłaniać na różne sposoby, lecz nie można było nagle powiedzieć, że któryś z nich jest zupełnie bez sensu. Maksymalne odchylenie od propagandowej, inżynieryjnej normy sprowadzało się do hasła „socjalizm tak, wypaczenia nie".

Natomiast propaganda pookrągłostołowa od samego początku charakteryzowała się wielką, niesamowitą, oszałamiającą wprost elastycznością. Potrafiła bowiem twórczo połączyć narzędzia sowieckiej pieriekowki (sporą część ludzi mediów czerwonego reżimu wzięła sobie ta nowa machina propagandowa z dobrodziejstwem inwentarza) z pewnymi tradycjami publikacji podziemnych oraz debat prowadzonych bez cenzury. Chylę czoło przed majstersztykiem takiej propagandy. W zależności bowiem od „mądrości etapu", w zależności od doraźnych celów, jakie stawiali sobie „właściciele Polski", że się posłużę tą figurą skonstruowaną przez premiera Olszewskiego, propaganda pookrągłostołowa potrafiła mówić o wieloaspektowym, głębinowym życiu kulturalno-naukowym w „najweselszym baraku" (kontrując w ten sposób zoologicznych antykomunistów domagających rozliczenia peerelu) lub o „moskiewskiej pożyczce", „postkomunistach", „lokalnych sitwach", a nawet, „esbekach" (przypominając zoologicznym antykomunistom iż nie mają „monopolu na opozycyjność"). Apogeum tej schizofrenii przypadło, jak wiemy, na rok 2005, kiedy to Michnik zdekonspirował ofertę Rywina i potem cała jego Czerska familia urządzała z połową salonów Warszawy lamentacje z powodu „cynizmu" i „monopolistycznych zapędów" R. Kwiatkowskiego, A. Jakubowskiej, a nawet L. Millera. Już nie pamiętano czasu, gdy całowano po rękach Millera za wprowadzenie postpeerelu do UE. Nawet Olejnik nie kryła w swoich programach swego świętego wzburzenia z powodu istnienia „grupy trzymającej władzę" (choć to przecież ona na klęczkach prowadziła wywiad z Millerem, gdy wrócił z tarczą po podpisaniu papierów akcesyjnych 1 maja 2004 r.). Były to te czasy, kiedy jeszcze J. M. Rokita często używał w niedzielno-porannych olejnikowych programach frazy „nasi przyjaciele z PiS-u", he, he.

Elastyczność propagandy pookrągłostołowej wyrażała się też w wyrafinowanej dekonstrukcji rozmaitych „tematów historycznych". Z jednej strony bowiem mówiono, ba, trąbiono na dachach o Katyniu, z drugiej jednak przypominano, że to jednak Rosja pokonała niemieckich faszystów i dlatego nie należy przesadzać z określeniami typu „sowiecka okupacja po II wojnie" czy, Broń Boże, mówić o "Ludowej Polsce" jako kolejnej sowieckiej republice. I znowu doczekaliśmy się arcydzieła w tej schizofrenicznej stylistyce, czego przykładem jest „Katyń" Wajdy, w którym występują zarówno źli enkawudziści, jak i dobry czerwonoarmista, chcący pomóc Polce szukającej wywiezionego męża. Z jednej strony ubolewano nad praktykami inwigilacji społeczeństwa przez peerelowskich bezpieczniaków, z drugiej - przypominano, że losy ludzkie są pogmatwane, niełatwo oddzielić mak od popiołu, a potępiając katów, można przy okazji spalić na stosie wiele ofiar. Arcydziełem wyrażającym tę schizofrenię można nazwać „Korowód" J. Stuhra, gdzie poczciwcem okazuje się rektor, który nie kryje tego, że jest starym partyjniakiem. Zresztą filmowcy i aktorzy na służbie propagandy III RP to w ogóle zagadnienie na osobny i długi esej - w tym miejscu warto wspomnieć jeszcze antyfaszystowskie „Uprowadzenie Agaty" (1993) M. Piwowskiego (który, jak słyszeliśmy, współpracował z SB „dla jaj"), gdzie przewinęła się plejada aktorów (z niezawodnym w takich sytuacjach Stuhrem-ojcem). Film ten, można powiedzieć, „dobijał konającego", gdyż zwalczał klerofaszyzm w postaci umiarkowanej, ZCHN-owskiej, gdy już po dekomunizatorach śladu nie było na polskiej scenie politycznej. W tę walkę z klerofaszyzmem (tym razem PiS-u) włączyła się inna niezawodna artystka, jeśli chodzi o salonowość, bo A. Holland w swoim arcyserialu „Ekipa", którego prawdopodobnie pies z kulawą nogą nie obejrzał w całości, a którego całą kolekcję ja trzymam jako dokument XXI-wiecznego, nowoczesnego socrealizmu. Ale, powiadam, to temat na osobne rozważania.

Propaganda pookrągłostołowa operowała jednak, jak klasyczna sowiecka inżynieria dusz, nie tylko sugestywnymi obrazami, wzorcami osobowymi, modelowymi sytuacjami i właściwymi poglądami, ale też dokonywała jednoznacznego potępienia „wrogów ludu". Marchewce towarzyszył więc od samego początku dość widoczny kijek. Słynne, wczesnotransformacyjne, sejmowe zawołanie Michnika o odmowie walki „bronią nienawiści" stanowiło bojowe hasło sterników opinii, którzy dniami i nocami ze wszystkich stron i sił, i na wszystkich kanałach, udowadniali Polakom, że większym złem jest antykomunista domagający się rozliczenia zbrodni komunistycznych aniżeli „starzy, schorowani ludzie", którzy być może popełnili w pradawnych dziejach coś złego, ale umiejmy okazać nieco miłosierdzia, nie zaś „bolszewickiego" czy „inkwizytorskiego" zacietrzewienia[6]. Kunsztowne, jeśli chodzi o konsystencję kłamstwa, określenie „mowa nienawiści", której tropieniem zajęli się specjaliści od puryzmu semantycznego w III RP, napęczniało znaczeniowo z czasem do tego stopnia, że już nie tylko antykomunizm, ale i eurosceptycyzm zaczął stanowić przejawy myślozbrodni (nie licząc takich ciężkich grzechów, jak poglądy antyaborcyjne czy sprzeciw wobec propagandy homoseksualizmu). Co ciekawsze, purystom nie przeszkadzała postępująca, metodyczna wulgaryzacja potocznej polszczyzny, ale akurat język pism prawicowych i związanych z nimi publicystów. Część z nas na przestrzeni lat traktowała te zabiegi purystów jako nieszkodliwe dziwactwa salonowych baranów, patrzyliśmy nawet przez palce na to, że w okresie rządów PiS-u już sami komuniści z tygodnika „Polityka" wraz ze swymi wiernymi czytelnikami, zabrali się bez żenady za wyszydzanie języka prawicowego (szczególnym upodobaniem darząc słowo „układ", oczywiście), dobierając sobie do grona ekspertów m.in. prof. M. Głowińskiego - tego samego, który w swoich pracach wydawanych w II obiegu zajmował się analizą komunistycznej nowomowy. Swoją drogą, kto by pomyślał, jak nieoczekiwanie potrafią się zbiegać ludzkie drogi, losy i style myślenia, prawda? Tymczasem zabiegi „namierzania", „wytykania" i dokumentowania myślozbrodni wrogów ludu to przecież były kolejne przejawy rekomunizacji III RP, czyli, mówiąc inaczej, dowody na powstawanie państwa policyjnego.

EuImgItaly5

Seria European Images - Visit to Italy

Nie chcę przez to wszystko powiedzieć, że coś przespaliśmy przez te wszystkie lata, ale najwyraźniej nie do końca wierzyliśmy, że ta ubekizacja przyjmie takie rozmiary i zajdzie tak daleko. Bez wątpienia przyczynił się do niej burzliwy okres rządów PiS-u (szarpanych także przez, pożal się Boże, koalicjantów), kiedy nagle przed oczami koalicji pookrągłostołowej stanęło nagle widmo „rozbrojenia armii ludowej". Na temat głosów broniących (rozwiązywanego i rozwiązanego) WSI, ostrzegających przed tragedią na niewyobrażalną skalę, zagrożeniami dla „polskiej racji stanu" itd. można by, jak sądzę, książkę napisać. Warto jednak pamiętać, że murem za WSI stanęła właśnie i komuna, i konstruktywna opozycja, zaś propagandowo próbę zbudowania nowych, wolnych od sowieciarzy, służb wojskowych, machina zmieliła to za pomocą obrazów „harcerzy" szkolonych przez kilkanaście dni, „wykradania dokumentów", „ujawniania najcenniejszych źródeł i kontaktów", „niszczenia polskiego wywiadu i kontrwywiadu" itd. Wtedy mieliśmy też pokaz prawdziwej determinacji w bronieniu zdobyczy III RP i już wtedy było wiadome, że „właściciele" nie odpuszczą i wnet przystąpią do frontalnego kontrataku, czyli do przebudowy III RP zgodnie z wzorcami państwa policyjnego.

A. Besançon, analizując przesłania propagandowe związane z kultem Gorbaczowa i zapoczątkowanych przez niego „przemian", podkreślał, że słowo „pieriestrojka" miało tyle przeróżnych znaczeń, że tak naprawdę nie znaczyło nic określonego i pisał:

„Po co więc termin pieriestrojka jest w ogóle używany? Słowo to funkcjonuje jako rodzaj fetysza, magicznej formuły, której sens jest celowo mglisty i której prawdziwym znaczeniem jest sens, jaki nadaje jej partia, a inaczej mówiąc - sekretarz generalny. To, co postanowi Gorbaczow i partia, jest pieriestrojką. Dlatego zadaniem każdego komunisty i każdego obywatela sowieckiego jest publiczne popieranie pieriestrojki, co też czynią oni w niezliczonych artykułach, przemówieniach i rezolucjach uchwalanych na zebraniach. Przede wszystkim zaś każdy boi się, że zostanie oskarżony przez sąsiada, iż tylko udaje zwolennika pieriestrojki, a potajemnie działa przeciwko niej. (...) Powinno się w nią wierzyć lub udawać, że się wierzy. Pieriestrojka jest odezwą, wezwaniem. Ci, którzy odpowiedzą na to wezwanie, zyskują prawo do bycia słyszanym nad głowami tych, którzy próbują hamować jej dalszy postęp..."[7]

I nieco dalej o „głasnosti":

„Znaczenie tego słowa jest równie nieokreślone, a funkcje pełni ono rozmaite. Pierwsza (...) polega na zaszczepianiu w umysłach ludzkich przekonania, że coś się naprawdę zmienia, że czas zabrać się do pracy, że odtąd każdy będzie wynagradzany odpowiednio do swego wysiłku, a złodzieje i obiboki będą karani. Głasnost' ma wzbudzić zaufanie do reżimu, sprawić, że ludzie zapomną o jego dwulicowości. Jeśli udałoby się przywrócić to zaufanie, partia mogłaby mieć nadzieję, że zdoła przezwyciężyć rozbieżność myśli i słów, za pomocą której obywatele sowieccy się jej wymykają. Tak więc głasnost' służy do manipulowania odruchowym poczuciem sprawiedliwości i wspólnego dobra w celu zwabienia ludzi do jarzma partyjnej dyscypliny.

Druga jej funkcja to popularyzowanie powszechnego prawa, a raczej powszechnego obowiązku krytykowania wrogów pieriestrojki (...). Funkcja trzecia polega na wykorzystywaniu zachodnich środków przekazu jako instrumentu sowieckiej propagandy wewnątrz kraju, gdzie propagandzie tej na ogół się nie wierzy (...) Czymkolwiek jeszcze byłaby głasnost', nie jest ona wolnością informacji. Jej tematyka jest odgórnie narzucana."[8]

Jeśli wstawimy w miejsce „pierestrojki" - „transformacja", a w miejsce „głasnosti" - „demokratyzacja" - uzyskamy całkiem niezły opis mechanizmów współczesnego, pookrągłostołowego, polskiego państwa. Ale nawet nie dokonując takich podstawień, możemy powiedzieć, że w Polsce dokonano po prostu pieriestrojki nie zaś żadnego radykalnego odejścia od systemu komunistycznego. Taką tezę zresztą głosi A. Besançon, zaznaczając, że to właśnie w Polsce pieriestrojka udała się komunistom najlepiej. Na tym więc polega nasz podstawowy problem, że w momencie paktu okrągłostołowego zawiązała się monopartia, składająca się z konstruktywnej opozycji i komunistów, która a priori odrzuciła formułę konstruowania wolnego państwa. Jeśli uzmysłowimy sobie, że tak naprawdę to konstruktywna opozycja nie obaliła komunistycznej dyktatury, lecz ochoczo włączyła się w proces ewolucji systemu komunistycznego, to odpowiedź na pytanie, dlaczego Polska przyjmuje postać Rzeczpospolitej Policyjnej jest o wiele łatwiejsza do znalezienia. System komunistyczny ewoluuje bowiem wyłącznie od jednej formy opresji do drugiej, zmieniając po drodze siatki maskujące. Ktoś może jednak powiedzieć, że przecież znikła, jak ręką odjął, komunistyczna indoktrynacja[9]. A może nie znikła... tylko się zwyczajnie zmie-ni-ła? Zmie-ni-ła, powtarzam[10]. Tak jak można przebudować i przemalować budynek, tak też można przekształcić indoktrynację, zwłaszcza, jeśli się kontroluje całą jej machinę.

Tym niemniej, by państwo policyjne skutecznie funkcjonowało, należało nie tylko propagandowo panować nad opinią publiczną, ale i umiejętnie zarządzać (wygenerowanymi) konfliktami społecznymi. W III RP jeden z najważniejszych tego typu konfliktów (a może i najważniejszy), którego katalizowaniem zajmowali się eksperci od inżynierii dusz oraz pookrągłostołowi politycy, było starcie zwolenników radykalnego odcięcia się od peerelowskiego dziedzictwa z - tu uwaga - zwykłymi, normalnymi ludźmi, chcącymi budować zwykły, normalny, zachodni kraj. Zastosowano w ten sposób dokładnie taki sam mistrzowski manewr, jak tuż po II wojnie, kiedy to sowieciarze „budowniczym Polski", „ludowi odgruzowującemu ukochaną stolicę ze zniszczeń", „prostym robotnikom i chłopom" przeciwstawiali „leśne bandy" siejące terror i zniszczenie. Mistrzostwo polegało na tym, że partyzantów portretowano jako wrogów zwykłych, normalnych ludzi, nie zaś jako ludzi zwalczających prosowieckich zaprzańców. No i analogicznie przeciwstawiono po 1989 r. (choć tę dychotomię ukuto za esbeckimi biurkami we wczesnych latach 80.) antykomunistów, czyli oszołomów - zwykłym, normalnym ludziom, wyciągającym Polskę z kryzysu. Tak samo więc, jak po wojnie najważniejsza była „odbudowa ze zniszczeń i odgruzowywanie" resp. „powrót do normalnego życia", tak począwszy od „historycznego porozumienia" z 1989 r. najistotniejsze było „wyjście z kryzysu gospodarczego" i, rzecz jasna, „powrót do normalności". Tak samo jak po II wojnie wyciszano (także fizycznie) głosy domagające się wyjaśnienia, dlaczego pod takimi auspicjami ma się „wychodzenie ze zniszczeń" odbywać, tak po „okrągłym stole" zapanowała dogmatyka „transformacji i demokratyzacji" i ci, co chcieli się dowiedzieć, jak to jest, że czerwoni okazują się grupą uprzywilejowaną w procesie „wychodzenia z kryzysu" (spowodowanego przez tychże czerwonych przecież!), musieli się po prostu zamknąć lub też zdać na status „frustratów" i autsajderów. Zarządzanie konfliktami społecznymi wymknęło się jednak w 2005 r. na chwilę spod kontroli. Koalicja postkomunistyczna wstrzymała wtedy oddech na chwilę, a wiele osób trzęsło portkami na myśl, że upiorne widmo „roku 1992" i „nocy teczek" powraca.

Tę historię znamy znakomicie, ale ja pragnę zwrócić uwagę wyłącznie na jedno. Właśnie okres rządów kaczystów był dla koalicji postkomunistycznej (udającej opozycję) okazją do sięgnięcia do rezerwuaru komunistycznej indoktrynacji i czasem jej wielkiego, tryumfalnego powrotu. Oczywiście, powróciła ona z odpowiednim retuszem, stosownie do wytycznych „walki o demokrację" czy „walki z totalitaryzmem", „putinizacją", „Białorusią" etc., ale powróciła po prostu jako „walka z faszyzmem" i „walka z nacjonalizmem". Ujrzeliśmy nagle armię ludową w pełnym rynsztunku i całkowitej mobilizacji. Ze szpar w podłodze, z nor przeróżnych, z ruder, skądkolwiek się dało, wyłaziły zombies z Rakowskim, Kiszczakiem i Jaruzelem na czele, a obok nich ustawiali się w gotowi do boju obrońcy demokracji z konstruktywnej opozycji i ten cały szwadron zgodnym chórem przemawiał przeciwko klerofaszyzmowi PiS-u. Mobilizowano do walki z klerofaszyzmem wszystkich - od leśnych dziadków, jak Waldemar Kuczyński, Tadeusz Mazowiecki czy Kazimierz Kutz po otumanioną młodzież gimnazjalną (tu znowu nieoceniona rola wyczulonych na zmiany wichrów dziejów, nauczycieli), by po raz kolejny dowieść, że faszystowska dzicz domagająca się radykalnej zmiany w Polsce, zagraża zwykłym, normalnym ludziom.

I, nie ma co ukrywać, skomplikowany zabieg się udał, indoktrynacja poskutkowała, a myśmy zobaczyli peerel w pełnej, odnowionej, krasie i być może niejeden/niejedna z nas lepiej zrozumiał, że z komuną naprawdę nie ma żartów (choć wydawało się nam, że wiedzieliśmy to już dawno).

Co do form oporu, jakie można zastosować wobec państwa policyjnego, to pamiętamy je z okresu komuny, więc chyba z ich zorganizowaniem nie będzie większego problemu.

Na koniec jeszcze jedna myśl Besançona:

„Putin (...) nie potrzebuje wcale opierać się na komunizmie, wie bowiem doskonale, że komunizm jako wiara już się skończył. Podkreślam: jako wiara, lecz nie jako sposób sprawowania władzy."[11]

Te słowa dotyczą nie tylko Rosji - także obecnej RP.

Free Your Mind

http://www.rp.pl/artykul/2,295586_Rosja_broni_Sowietow_.html

http://www.rp.pl/artykul/2,295323_PiS_ma_przeprosic_za_spot.html

http://www.rp.pl/artykul/9133,294974_Piotr_Semka__Prokuratorzy_zajma_sie_historykami.html

http://www.rp.pl/artykul/2,295003.html

http://www.polskieradio.pl/jedynka/sygnalydnia/?id=18874

http://www.przekroj.pl/ludzie_rozmowy_artykul,4530.html

http://fakty.interia.pl/polska/news/klich-w-polsce-powstanie-wazny-osrodek-nato,1295397

http://freeyourmind.salon24.pl/587679.html

http://freeyourmind.salon24.pl/587679.html#comment-3693175

http://freeyourmind.salon24.pl/587679.html#comment-3693904

http://freeyourmind.salon24.pl/587679.html#comment-3694086

http://freeyourmind.salon24.pl/587679.html#comment-3694196

http://www.dziennik.pl/wydarzenia/article366823/Antyterrorysci_pracowali_dla_bandytow.html

http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=752

http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=756



[1] Por. „Teczki czyli widma bezpieki. „Czarny scenariusz czerwcowego przewrotu", red. J. Snopkiewicz, A. Jakubowska i D. Wilczak, Polska Oficyna Wydawnicza BGW, Warszawa 1992. Sam dobór „redaktorów" świadczy o intelektualnej sile rażenia tejże trudnej dziś do zdobycia książki. Ale takich jest więcej, oczywiście, np. „Byłem człowiekiem Kiszczaka. Generał Marek Ochocki w rozmowie z Krzysztofem Spychalskim", Wydawnictwo „Athos" Łódź 1992 czy publikacje „Goebbelsa stanu wojennego" itd. Co do tej pierwszej książki, to może zacytuję jeden wymowny fragment: „4 czerwca, czwartek. Posiedzenie Sejmu zaczęło się o dziewiątej. Po trzydziestu minutach do gmachu Sejmu wkracza minister Antoni Macierewicz. Wokół niego wianuszek ochroniarzy z grupy specjalnej. W lewym ręku czarna, skórzana teczka a w niej koperty z nazwiskami. W prawym fajka. Marszałek Chrzanowski zarządza półgodzinną przerwę. Będzie trwała dwie godziny. W trakcie przerwy przewodniczący klubów odbierają koperty. Nie odbiera swojej jedynie Jan Krzysztof Bielecki. Później rzecznik prasowy MSW Tomasz Tywonek stwierdzi, że w kopertach znajdują się jedynie materiały informacyjne na temat zasobów archiwalnych Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Nikt jednak o tej porze nie bawi się w niuanse i gry słowne. Wszyscy są przekonani, że na listach są agenci. Dziennikarze uważnie patrzą w twarze posłów. Posłanka Unii Demokratycznej płacze. Na posiedzeniu klubu KPN po informacji, że Moczulski jest na liście zapanuje głucha cisza, a także - jak powie jeden z posłów tej partii - bezsilna nienawiść. Zadowolony jest Jarosław Kaczyński. Żaden z posłów PC nie znalazł się na liście. Wysoki rangą funkcjonariusz MSW jest przekonany, że Kaczyński miał dostęp do archiwum przed wyborami. Selekcjonował kandydatów na posłów z PC. Sam się do tego między wierszami przyznawał w różnych wypowiedziach.

Marszałek Chrzanowski wznawia obrady. Po sali przechodzi nerwowy śmiech, bo marszałek po dwóch godzinach przerwy zaczyna stwierdzeniem, że uzupełnia obrady o... uchwałę w sprawie zasad i tytułu uprawnień do bezpłatnych przejazdów PKP. Marszałek już wie, że też jest na liście. Plotka głosi, że kiedy wieczorem oznajmił Lechowi Wałęsie, iż musi zrezygnować z funkcji marszałka Sejmu, gdyż jest na liście, prezydent odpowie mu: Co się Pan przejmujesz. Ja też jestem." (s. 48).

[2] Gwoli ścisłości „zmiany legislacyjno-prawne" zaczęły się, a jakże, za głębokiego peerelu, wszak w kwietniu 1989 dokonano pookrągłostołowej „nowelizacji" „Konstytucji" z 1952 r., przewidującej „wybory" oraz pewne zmiany w administracji państwowej („dwuizbowy parlament", „urząd prezydenta", wzmocnienie „władzy sądowniczej"). Okazało się więc nagle, że komunistyczny „parlament" może po kilkudziesięciu latach swojego bezsensownego istnienia, nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wygenerować podstawy nowego zupełnie porządku prawnego. I to nie takiego, jak ten kreowany przez „nowelizację" z 1976 r., kiedy to wiernopoddańczo wyrażano i wzmacniano sojusz z bratnim Związkiem Sowieckim.

Oczywiście ten porządek był od początku iluzoryczny, gdyż senat wtedy stanowił jedynie „izbę refleksyjną", a „prezydent", jak otwarcie pisał D. Dudek we wprowadzeniu do „małej konstytucji" z 1992 r.: „stanowić miał rękojmię bezpieczeństwa dla establishmentu PRL" (por. „Konstytucja Rzeczpospolitej Polskiej" Lublin 1996, s. 11). „[O]mawiana nowela", dodawał Dudek, „nie dotknęła literalnie żadnego przepisu w rozdziale 8 konstytucji, normującym prawa i obowiązki obywateli, co oznaczało utrzymanie dotychczasowej koncepcji statusu jednostki, m.in. z pierwszeństwem interesu państwa, jako twórcy i regulatora uprawnień, z wąskim zakresem praw wolnościowych obok szeroko deklarowanych praw socjalnych, przy braku równości praw obywateli ze względu na przekonania i przynależność partyjną" (j.w.). Poważne zmiany wprowadzono już po „kontraktowych wyborach" ale dopiero pod koniec grudnia 1989 r. - Bogu zapewne „parlamentarzyści" musieli dziękować, że zmiany dotyczące „konstytucji PRL" mogli wprowadzić nim „rok ów" dobiegł końca. Oprócz nowej nazwy państwa, nowego godła, konstruktywna opozycja wraz z komunistami wprowadziła zapis o tym, że „Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej" (art. 1 „konstytucji" z 1992 r.), który w niezmienionym brzmieniu znalazł się w „konstytucji z 1997 r." (jako art. 2), wysyłanej nam do domów przez „prezydenta Kwaśniewskiego" z jego osobistym wstępem. Zwracam uwagę na ten artykuł, ponieważ uważany jest on za fundamentalny, zaś w wywiadzie „na 20-lecie" dla komunistycznej „Polityki" „generał Jaruzelski" stwierdził, że to był jego pomysł z tym fundamentem. Dobrze więc, że przynajmniej znamy jednego z najważniejszych polskich „konstytucjonalistów", choć byli i inni przewybitni, jak Mazowiecki, Geremek, Cimoszewicz czy Kwaśniewski. Szczególnie ważne jednak - gdy mówimy o podstawach prawnych III RP - jest to, że 1) opracowywano je skrupulatnie już po obaleniu rządu Olszewskiego i oddaleniu widma dekomunizacyjnej zagłady, 2) w prace nad nimi włączono, „jak gdyby nigdy nic", komunistów. Było to coś analogicznego do pozostawienia przepisów „konstytucji" z 1952 r. wśród przepisów „małej konstytucji" z 1992 r. W tym kontekście (jeśli dodamy do niego to, co wyrabia postkomunistyczna koalicja PO-PSL-SLD) zarazem łatwiej zrozumieć, dlaczego III RP to postpeerel z coraz bardziej słabnącym prefiksem „post".

[3] Przykładowo opublikowana swego czasu przez bezpieczniackie, komunistyczne „NIE" fałszywka dotycząca J. Kaczyńskiego zmontowana przez specjalistów już, co warto podkreślić, po „obaleniu komunizmu", zostaje ponownie wyciągnięta na światło dzienne (a raczej medialne) przez Janusza P., zaś w porannym, radiowym programie 25 kwietnia 2009 w zetce, M. Olejnik dopytuje dyskutantów „a może coś nowego znalazło się na Kaczyńskiego?" W ten sposób można właściwie bez końca przedłużać debatę wokół wypuszczonej dezy.

[4] Pozytywni bohaterowie budujący socjalizm kontra „reakcyjne bandy", „bumelanci", „agenci imperializmu", „szpiedzy Watykanu" etc.

[5] Niezorientowanych odsyłam choćby do pierwszego, socrealistycznego odcinka tego serialu, kiedy główny bohater przypomina sobie swoją junacką przeszłość. Swoistą, choć wyjątkowo żenującą, próbą powrotu do przeszłości był sequel „Czterdziestolatka" (20 lat później) dokręcony we wczesnych latach „transformacji".

[6] Nawiasem mówiąc, pamiętam, jak M. Borowski porównywał w latach 90. lustrację do inkwizycji.

[7] Por. „Świadek wieku" t. 1, „Fronda", Warszawa 2006, s. 399.

[8] jw., s. 400-401.

[9] W ten sposób rozmaici inżynierowie dusz „dowodzą", że komunizm to właściwie tylko pewien specyficzny język, nic więcej. Wystarczy więc zmiana języka i komunizm znika. Problem jednak w tym, że np. „psychuszki", „procesy pokazowe" czy „łagry" to nie tylko wyrażenia.

[10] Warto by dokonać osobnego studium zmian leksykalnych i frazeologicznych, jakie do swojego języka wprowadzili marksiści i komuniści, przebierając się w socjaldemokratów, „liberałów" i „oświeconą lewicę". Pewne jednak elementy dawnej „mowy do ludu" pozostały, jak np. „walka z faszyzmem", „walka z klerykalizmem", „walka o wyzwolenie", „równouprawnienie", „patriotyzm to nacjonalizm", „liczy się człowiek" itp.

[11] „Świadek...", s. 251.

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze.
+/- Komentarze
Szukaj RSS
Alpha-Alpha   |2009-05-01 21:30:19
Szanowny Autorze!
wspaniały, ważny tekst! Każde zdanie niesłychanie ważne i co jedno, to lepsze!
Podpisuję się pod nimi obiema rękami choć prawie płacząc.
Napisał Pan m.in.: "Nie chcę przez to wszystko powiedzieć, że coś przespaliśmy przez te wszystkie lata, ale najwyraźniej nie do końca wierzyliśmy, że ta ubekizacja przyjmie takie rozmiary i zajdzie tak daleko."
Otóż mam przyjaciół Włochów - wszyscy oni to niesłychanie serdeczni ludzie! ostatnią koszulą się podzielą. Ale ich miłość i wyrozumiałość trwa tylko tak długo, jak długo nie nadepnie im się na odcisk. Wtedy odwet jest czymś naturalnym i nieodwracalnym. Są jakby "zaprogramowani" na odwet. Nie ustąpią i nie zasną, tak długo, jak długo krzywda nie zostanie pomszczona. Dlatego i ja i inni mamy przed nimi respekt.Tymczasem "My Sławianie, my lubim sielanki". Jesteśmy nie tylko odmóżdżeni, ale i wytrzebieni z jaj. Brakuje nam testosteronu. Ta banda może robić z nami, co chce i jeszcze śmieje nam się w nos. My niczego nie przespaliśmy, bo my jesteśmy nieustannie senni. Słaniamy się z tej senności. Mamy w głowie watę i słabną nam mięśnie. Może nam co dosypują do codziennej kaszy?
fym  - Alpha-Alpha   |2009-05-02 20:02:32
może nie tyle senność, co poczucie sytości po czasach, kiedy nie było co jeść Ale zawsze jest nadzieja, że nadejdzie czas refleksji, gdy jedzenie okaże się za drogie, jak na przeciętną kieszeń.
zbyszekmad  - W Matkie Boskie gruszką!!!   |2009-05-04 01:52:44
Pamiętacie zapewne Panowie, jak Wałęsa (na określenie Pan trzeba zapracować) rzucił się do gardła tym, którzy obrzucili go pomidorami i gruszkami.
Nie po to sobie przypiął wizerunek do klapy, że niby taki religijny. Ten wizerunek Matki Boskiej miał być dla niego tarczą chroniącą. I był. Długie lata. Normalnemu Polakowi w głowie nie mieściło się, że człowiek z wizerunkiem Madonny to ktoś zły, nieszczery.

Polacy, w większości, po wyborach, nawet bez michnikowej i urbanowej indoktrynacji, mieli nabożny stosunek do "odzyskanej wolności". Bieda i bezrobocie i milczące przyzwolenie na balcerowiczowską hucpę zostały zaakceptowane ze złowrogą ciszą, jako cena marszu ku normalnemu światu.
I trwało to czas jakiś. Zwłaszcza, że parasol dawał związek "Solidarność".
Nocna zmiana to był wyraźny sygnał, czytelny i ukazujący prawdziwe oblicze "odrodzonej RP"- ŻADNEGO ZAMACHU NA NASZ PROJEKT NIE BĘDZIEMY TOLEROWALI.
Odczytało ten sygnał bardzo wielu ludzi. Początkowo z niedowierzaniem.
Ale oficerowie tego niezadowolenia i osłupiającej prawdy byli już skutecznie spacyfikowani, a inna grupa w '86-'87 roku, często po opuszczeniu więzień, jakoś szybko dostała paszport w jedną stronę. Nie było ich w kraju, kiedy byli tak bardzo potrzebni.

Słowa Alphy są jakąś posraną kalką. Niby ktoś mądry a tak rozkosznie sięga do rezerwuaru wydziału propagandy kc. Senność Lechistanu (tfu, znowu ten Wałęsa) pomyliła się chyba z sennością Lewantu.
Nawet w najmniejszej "dziurze", jak kto potrafi patrzeć, widać solidarną czujność szpicli (TW, KO I wszelka swołocz) z ubekami i bolszewikami. Kiedyś tworzyli republikę strachu. Dzisiaj są na swoim. Lokalni niepokorni pilnują cichutko swoich 1500 zł (instynkt samozachowawczy) albo doginają na czarno u Niemca lub Włocha.

Z tym odmóżdżeniem to radzę życzliwie - uważać, bo to już okolice Czerskiej. Wszak pogarda dla Rodaka to definicyjna cecha bolszewika.

Za drogie jedzenie to był instrument inicjujący frakcyjne przewroty. Solidarni ubecy(to umowne, ale chyba czytelne?) i koncesjonowani opozycjoniści nie potrzebują już takich instrumentów. Bo i tasować się nie będą. Więc i na żaden "zainspirowany" wybuch, który urwie się spod kontroli nie ma co liczyć. Szkoda czasu, którego jest już coraz mniej.

Refleksja na zbyt drogie jedzenie? Nie zaowocuje żadnym kryterium ulicznym. Z przyczyn, o których Pan FYM-mie pisze a ja dodaję.

Abyśmy dokonali dobrego dla Polski wyboru, na długie lata, potrzebna jest społeczna instytucjonalizacja wymiaru publicznego - stowarzyszenia i instytucje Obywateli wyznaczających sobie cele i skutecznie je osiągające. To dopiero wymusi na partiach zachowania rzeczywiste a nie pozorowane, jak to widać. Zwłaszcza w wymiarze lokalnym. A strach w oczach partyjnych już widziałem na hasło - zakładamy stowarzyszenie edukacyjne, obywatelskie.

Otworzony zostanie w taki sposób obszar dostępu do wiedzy o państwie, prawie, prawach, obowiązkach, do debaty publicznej, formułowania aspiracji i dążeń, i porzucenie postawy klienta, mnącego czapkę w urzędzie czy też przed posłem-burakiem lub lokalnym bonzą partyjnym, rozgarniętym jak przysłowiowy kołek w płocie.

No i może w końcu ktoś, z tych aspirujących do zrobienia Polakom dobrze, zacząłby z nami rozmawiać ludzkim głosem. Wiece i mityngi to przecież kilkudziesięcioletnia sztampa w stylu: długi referat wprowadzający, parę pytań z sali i komunikat, że Pan Prezes, Poseł, Senator jest już spóźniony.
Misie od wizerunku biorą pieniądze za nic.

FYM-ie. Napisał Pan rzetelny tekst. Blisko trzydzieści lat temu podobne teksty tłukliśmy na zadymionych ksero albo przepisywaliśmy na maszynach do pisania.
Rozumieli je i robotnicy, i urzędnicy.
Dzisiaj, jeżeli wierzyć badaniom, blisko 70% młodzieży nie potrafi zrozumieć instrukcji obsługi żelazka (chyba, że obrazkową). Czemu też się nie dziwię, bo chińsko-polski język jest dosyć skomplikowany.
Więc pora się spieszyć, zwłaszcza, gdy J. Darski wkurzony pisze o problemach komunikacyjnych z Jego studentami. Ciekawe jaka to kuźnica?

Ponieważ nie przypominam sobie, żeby ktoś mi obiecał , że będzie łatwo - więc wiary i optymizmu we mnie dostatek.
A niejaki Czapiński, zwany profesorem, bąkający coś o deficycie "kapitału społecznego" w Polsce niech się buja. Kto przy zdrowych zmysłach chciałby być takim kapitałem jakim on go pojmuje. Jestem dziwnie spokojny, że kapitał zaskoczy jeszcze niejednego medialnego profesora. Ale przypadkom medycznym dajmy spokój.

Ukłony.

filut

Ps. Wstyd się przyznać, ale mam problemy z nawigacją po mieście. Chyba wędruję tylko po głównych arteriach. A przecież uliczki to cały koloryt. Wydaje mi się, że kiedyś trafiłem na stronę np. 333, a teraz jedynie pierwsza, druga...piąta i koniec?
Proszę mnie wyprostować.
fym  - zbyszekmad   |2009-05-04 21:58:39
prosiłbym tylko, byśmy w Mieście Pana Cogito unikali jakichś osobistych połajanek (vide Pan contra Alpha-Alpha), każdy bowiem ma prawo opisywać rzeczywistość wedle własnego uznania. Problem, "jak zmienić obecną Polskę" chciałbym uczynić leitmotivem następnej odsłony POLIS MPC, jeśli nam się to uda. Istnieją bowiem różne drogi czy koncepcje. Jedni głoszą, że należy wprowadzić nową konstytucję i zapoczątkować zmiany instytucjonalno-prawne w wielu dziedzinach. Jest to projekt maksymalistyczny, pozostaje jednak pytanie KTO by to wszystko mógł i miał zrobić (np. w przypadku dekomunizacji świata akademicko-naukowego w Polsce, skoro spora część władz rozmaitych wydziałów i uczelni to byli marksiści lub ludzie skoligaceni z PZPR vel SLD)? Pomijam już kwestię poważnego poparcia społecznego, które do takich radykalnych zmian byłoby konieczne.

Inna, minimalistyczna, koncepcja głosi, że należy pozytywistycznie podejść do sprawy, czyli zmieniać pewne podstawy polskiej kultury, formować umysły co gramotniejszych naszych rodaków i w ten sposób jakby "przecierać szlak". Mówiąc inaczej, jest pewna droga do przebycia, nim się uruchomi coś w rodzaju Konfederacji Barskiej

Jest jeszcze koncepcja radykalna, licząca na niepokoje społeczne spowodowane kryzysem, recesją, rosnącym bezrobociem, eskalacją państwowego złodziejstwa. Problem jednak w tym, że tego rodzaju niepokoje społeczne można w dużej mierze kontrolować za pomocą rozproszonej sieci agentury - co pokazała historia Solidarności.

Warto tak czy tak się zastanowić - jak zmienić postkomunistyczną Polskę, która coraz bardziej przypomina stary, załgany peerel.
zbyszekmad  - Osobiste połajanki   |2009-05-05 02:23:41
Za "osobiste połajanki" i jednak wulgaryzm - przepraszam.
Poruszyło mnie owo użyte przez Alphę "odmóżdzenie". Nie usprawiedliwia mnie to jednak w żadnym razie.

Jest określone podobieństwo naszych intuicji i przemyśleń co do konieczności zmian w Polsce. Pilnych zmian.

O wariancie radykalnym i niebezpieczeństwach w podobnym duchu wypowiedziałem się w komentarzu u Pana Aleksandra Ściosa.

Na koncepcję minimalistyczną, o której Pan pisze chyba już nie mamy czasu. Sprawy umacniania zdobyczy "pierestrojki" zachodzą w tempie zbyt szybkim.

Wprowadzenie wariantu, nazwanego przez Pana maksymalistycznym, wymaga "odpowiedzialnej" pracy nad tworzeniem "poważnego poparcia społecznego". Pan z grupą Przyjaciół już to robi - Polis przykładem.
Zmiany instytucjonalno - prawne, łącznie z Konstytucją, wymagają większości sejmowej w następnym rozdaniu. Nawet ew. większość koalicyjna jest , w świetle dzisiejszego układu partyjnego, trudna do wyobrażenia podczas następnych wyborów. Zwłaszcza, że akuszerowie III RP nie będą stali z bronią u nogi.
Dużym sukcesem było by, gdyby dzisiejsza opozycja nie wchodziła w buty nieustannie szyte przez wsioków. Realizacja własnych projektów politycznych powinna być poprzedzona również oszacowaniem własnej armii i jej potencjału przez PiS. No i przede wszystkim Prawo i Sprawiedliwość musi złożyć uczciwą i czytelną ofertę sporej części Wyborców. Tych, prezentujących spory potencjał intelektualny, mentalny i moralny, ale zablokowanych często ekscesami. Do sporej części PiS NAJNORMALNIEJ W ŚWIECIE NIE DOTARŁ FIZYCZNIE.
PiS, jeśli zaprezentuje się czytelniej tej części Polaków i dostrzegą oni dla siebie miejsce w tym projekcie - wykona ruch w stronę prowadzącą do przyszłych sukcesów. Piszę o PiS-ie, bo na politycznej scenie nie widzę innego ugrupowania deklarującego potrzebę zmian i i zmierzającego w ich stronę.
Wiem. Trzeba rozmawiać z armią ludzi. To presja czasu i środków technicznych. To jest jednak kwestia organizacji i pewnie krótszego okresu snu.

Ale najważniejsze jest co innego. Czego nie dostrzegam, choć mogę być w błędzie.
Najważniejsze jest, aby sztabowcy dostrzegli, że tej zmiany nie uda się zrobić z "kadrówką" dla ludzi, ale właśnie z ludźmi. Których za zmianą jest więcej niż te pięć milionów. Może wówczas Prezes Kaczyński nie będzie musiał już wypowiadać tych słów" proszę Państwa - nie daliśmy rady.
Nie wdaję się w szczegóły tempa zmian przeprowadzanych przez PiS okresie 2005-2007. Nie roztrząsam trafności decyzji personalnych (możliwości intelektualne, wiedza i sprawność zarządzania kadr).Nie odnoszę się do "konieczności koalicyjnej" ani wściekłej kampanii "niezależnych mendiów".

Wsparcie organizacyjne, prawne wielu inicjatyw obywatelskich, tworzenie instytucji niezależnych edukacyjnych, wspierających - inkubatory inicjatyw, inicjowanie forów debat lokalnych. Takiego ruchu w "interesie" razwiedka nie będzie w stanie nawet monitorować. A co dopiero nim manipulować. Może co najwyżej zastosować spraktykowaną kontrolę strukturalną.
Dopiero taki ruch inicjatyw może stworzyć masę krytyczną. W takiej sytuacji bardzo utrudnione jest również sterowanie prowokacją.

Inicjatywy, o których piszę to setki tysięcy spraw ludzi i środowisk lokalnych spychanych przez omnipotentne państwo i często aroganckie samorządy pod przysłowiowy dywan. Zainspirowani i wsparci ludzie swoje problemy zechcą rozwiązać.

Dysfunkcjonalność instytucji w państwie połączona z "prywatyzacją" państwa prowadzi do kolejnego przeskoczenia kilku etapów rozwoju, o których pisała
J. Staniszkis. Prowadzi to jednak również do określonych skutków w rozwoju mentalnym Obywateli. Ta mętna woda - prawna, obyczajowa, instytucjonalna, zamierzona przez "reformatorów", umożliwiała kradzież owego symbolicznego pierwszego miliona. Udział w tym procederze aparatu starego-nowego państwa wywoływał u "świadków" postawy bezsilności, rezygnacji, często milczącego przyzwolenia lub emigracyjnego głosowania nogami. III Rzeczypospolita objawiła się w pełnej krasie.
O niektórych kulisach tej operacji zaczynamy dowiadywać się coraz powszechniej dopiero od niedawna. Czasu na "odwojowanie" zawłaszczonego Państwa jest coraz mniej.
W '80 roku potrzebowaliśmy na taką akcję kilku miesięcy. Często bez doświadczenia. Mam nadzieję, że z tamtych błędów potrafimy wyciągnąć wnioski. Internet jest dobrym instrumentarium komunikacji, ale po pacyfikacji mediów to w niego najprawdopodobniej pójdzie następne uderzenie. Będzie trudniej.
Również nowe pokolenia to nie tylko zjadacze hamburgerów i smakosze coca-coli. Warto o perspektywie zmiany rozmawiać. SZEROKO. I zacząć ją tworzyć. Co Szanowny Pan ZRESZTĄ zapowiada. Życzmy sobie zatem dużo szczęścia. Ono będzie bardzo potrzebne.

Ukłony.

filut
fym  - zbyszekmad   |2009-05-05 21:37:31
wie Pan, przede wszystkim trzeba nam - tj. ludziom, którym naprawdę zależy na Polsce odnowionej, a nie zabałaganionej, poddanej procesom gnilnym - to konsolidacji wysiłków, współdziałania, łączenia sił. Największą bolączką "ludzi na prawicy" jest nieustająca, wprost permanentna kłótliwość. Wiem, że część konfliktów na prawicy jest efektem pracy specjalistów od dezintegracji społecznej, jednakże w sytuacji, gdy wyczuwamy, że chodzi nam o to samo, że tak bardzo się nie różnimy i że "czas nagli" - powinniśmy koncentrować się na tym, jak wspólnie możemy pracować - choćby "na niwie kultury". Mam wrażenie, że mija 20, a my stoimy w miejscu, czekając aż "samo się zmieni" czy "samo się stanie", lecz przecież NIE stanie się, jeśli my nie zaangażujemy się w modernizowanie Polski.

Pozdrawiam serdecznie,
Free
zbyszekmad  - Armia wspólnot lokalnych.   |2009-05-06 02:12:59
Potrzeba poczucia bezpieczeństwa jest jedną z podstawowych potrzeb człowieka. I tu zapewne jest zgoda. Podstawą tego poczucia jest postrzegany ład zewnętrzny. Kłótliwość otoczenia osłabia również owo poczucie. Poczucie bezpieczeństwa jest wzmacniane także relacjami z otoczeniem. Możliwością współtworzenia ładu zewnętrznego - zarówno w wymiarze mikro (wspólnota rodzinna, sąsiedzka, lokalna), jak i makro (region, kraj, dzisiaj również kontynent - jak to blisko do Bałkanów, chociaż nie słychać strzałów; jak blisko do Meksyku, chociaż to za "kałużą".
Kłótliwość w otoczeniu osłabia poczucie bezpieczeństwa. Zwłaszcza, jeżeli wiążemy z tym otoczeniem nadzieje na oczekiwaną poprawę naszego niepewnego bytu.

Ma Pan całkowitą rację - ład zewnętrzny wokół człowieka jest niezbędnym warunkiem jego poprawnych relacji z otoczeniem i umożliwia zewnętrzną aktywność.
Potrzeby, których ludzie nie mogą zrealizować długim wymiarze czasowym, też mogą być motorem zewnętrznej aktywności. O tym pisałem w poprzedniej notce.
Jeżeli, jak Pan to ładnie nazwał, modernizacja Polski ma się dokonać, potrzebna jest nie armia kadrowa, niewielka, ale sprawne, lokalne grupy. I ich wspierane edukacyjnie i organizacyjnie.

Modernizacja lat 2005-2007 nie powiodła się nie dlatego, że opór starego porządku był silny. "Nie daliśmy rady" ponieważ rewolucja nie była czytelna dla wielu Polaków i jej efekty (a były przecież) nie przekładały się się na na lokalne zmiany. Dlatego "bodźcowanie" jak największej ilości lokalnych inicjatyw uważam za warunek absolutnie konieczny dla powstania czegoś, co nazwałem "masą krytyczną".

Festiwal Solidarności w '81 roku był możliwy nie dzięki żonglerkom Michnika i Kiszczaka, ale dzięki owej masie krytycznej.

Jeszcze tylko o pewnej analogii.
Kiedy przed '80 rokiem ludzie szli do "demiurga" - I sekretarza, jeżeli uznał (ludzkie panisko) - wydawał polecenie, sprzyjał. I po problemie. Jeżeli nie uznał - nie było siły. A dla upartych zaczynały się prawdziwe problemy.
Dzisiaj Wójt, Burmistrz to car podobny. Jeżeli problem ludzi nie mieści się w menu "wyborczej kiełbasy" - nie ma zmiłuj się. Wójt remontuje drogi za unijne, wspiera komunalną przychodnię zdrowia bo tam wiecznie mało... i daje 20 złotych zasiłku socjalnego na rodzinną biedę. A o godz. 15.15 zamyka budę i święto lasu. To jest ta paranoja 20-tu lat modernizowania Najjaśniejszej Rzeczypospolitej.
I przeciwko temu Polacy się zorganizują. Odrobią lekcję obywatelską, upomną się o prawdę historyczną i będą pilnowali bezpieczeństwa Instytutu Pamięci Narodowej. Bo wcześniej dowiedzą się, czym jest dla ich tradycji IPN.

To obecne instytucje samorządowe skuteczniej oduczały Polaków kreatywności w obszarze publicznym niż sekretarze (wtedy czytelniejsze było, kto rządzi). Przepisy ordynacji wyborczej bardzo w tym pomagają. Samorządowcy bardzo dobrze kalkulują, że "samo się nie stanie". Stać się może jedynie to, na co w swojej "pańskiej łaskawości" pozwolą. A przypadki sprawnie funkcjonujących wspólnot lokalnych to właśnie przypadki modelowej komunikacji społecznej, wspierania projektów mieszkańców, wykorzystywania potencjału indywidualnych ludzi (kapitału, nad brakiem którego "krokodyle łzy leją profesorowie Czapińscy).

Budowanie wspólnot lokalnych, nie fasad, uważam za najszybszy sposób prowadzący do skutecznej przebudowy państwa. I państwa tylko tyle ile niezbędne. To o czym piszę nie jest teoretyzowaniem. To doświadczenie wielu lat przeorywania publicznego "ugoru".

Ukłony i podziękowania za Pańskie życzliwe uwagi.
fym  - zbyszekmad   |2009-05-06 17:27:34
teraz wydaje mi się, że to Pan nazbyt optymistycznie patrzy na Polaków Ja osobiście wątpię, czy odrodzenie duchowe na wielką skalę jest możliwe, czy raczej nie czeka nas droga mozolnej odbudowy wspólnot właśnie. Nie chodzi wyłącznie o czynniki stale dezintegrujące nasze społeczeństwo (część tych czynników wykorzystują nadal komuniści, a część - postkomuniści), ale też o pewną atrofię duchową, wynikającą z poczucia rezygnacji, że już niewiele się "z tym krajem" da zrobić. Część Polaków przyjmuje postawę jak za wczesnego Gierka - byleby sklepy były pełne, byleby dało się pojeść i gdzieś pojechać na wczasy, reszta nie jest ważna. Co gorsza, w odbudowywaniu więzi dość wstrzemięźliwą postawę zajmuje hierarchia Kościoła, która przecież niedawno uznała, że problem lustracji jest zamknięty, choć wydawało się, że nawet go nie zaczęto rozwiązywać (pamiętamy, co wyrabiał choćby kard. Dziwisz, gdy ks. Isakowicz zabrał się za kwestię lustracji duchownych). Jeśli więc niektórzy hierarchowie uważają, że należy zachowywać się tak, jakby obecna Polska byłą normalnym krajem, to pewien kryzys świadomości się po prostu pogłębia. Nie znaczy to oczywiście, że powinniśmy porzucić wysiłki - myślę, że powinniśmy po prostu podchodzić do naszej rzeczywistości ostrożnie

Pozdr
KaNo  - Jak zmienić obecną Polskę   |2009-05-06 21:53:44
Free, rzuciłeś takie hasło i chcesz uczynić je przewodnim motywem następnego wydania POLIS. Dyskusja o lustracji rozpoczęta w numerze marcowym pokazała, że wybór artykułu inicjującego wymianę poglądów ma ogromny wpływ na rozwój dyskusji. W tej chwili fragmenty dyskusji o naprawie Polski są rozproszone i czasami łatwo je przeoczyć w zakamarkach POLIS. Dobrze więc, że wychodzisz z inicjatywą skonsolidowania dyskusji, a przez to łatwiejszego jej śledzenia. Dobrze też, że tą zapowiedź umieściłeś pod tekstem, w którym starasz się zdiagnozować obecną kondycję państwa. Pozostając przy termininologii medycznej, to właściwa diagnoza powinna poprzedzać proponowane metody skutecznego leczenia.
Proponujesz odrębną dyskusję nad projektem maksymalistycznym i minimalistycznym, a nawet wspominasz o koncepcji radykalnej, jednak one wszystkie powinny być poprzedzone rzetelnym i szczegółowym raportem o stanie państwa. Wracając ponownie do medycyny, dopiero wówczas możemy dyskutować o optymalnych metodach leczenia, gdy posiadamy pełną kontrolę nad pacjentem (we wcześniejszej dyskusji proponowałem termin „restytucja”), nad poprawą lub ustabilizowaniem stanu pacjenta, gdy nasza kontrola lub dostępne środki są bardzo ograniczone (projekt minimalistyczny). Tutaj także taki raport będzie bardzo przydatny, bo pozwoli zlokalizować najbardziej niebezpieczne ogniska zapalne. Terapię szokową (czyli koncepcję radykalną) pozostawmy w odwodzie, jako dającą się najmniej kontrolować i obarczoną dużym ryzykiem dla samego pacjenta.
W Twoim tekście „Rzeczpospolita Policyjna” znalazło się wiele ciekawych obserwacji i diagnoz, z którymi się zgadzam. Mam jednak bardzo dużo zastrzeżeń do języka opisu, którym się posługujesz. Ta obserwacja dotyczy nie tylko Twojego tekstu, ale także wiekszości publicystyki, podejmującej próbę opisu naszej rzeczywistości. Terminy: państwo policyjne, totalitarne czy aksamitny zamordyzm mają swoją zdecydowaną konotację historyczną, przez co mogą wprowadzać wiele zamieszania. Dla wielu osób dobrze pamiętających PRL, termin państwo policyjne może być nadużyciem w stosunku do obecnej struktury państwa. Młodszych może skłaniać natomiast do przeniesienia obecnych doświadczeń na czasy PRL-u, prowadząc do wniosku, że PRL nie był jednak taki straszny, a główną różnicą pozostanie szarość, bieda i kartki.
Również termin totalitaryzm, jednoznacznie związany z faszyzmem i nieco „luźniej” z komunizmem, jest dobrze zdefinowany i opisany, można więc łatwo znaleźć elemetny obecnego państwa nieprzystające do definicji (np. w państwach totalitarnych struktury partyjne dublują główne instytucje państwowe przejmując nad nimi kontrolę: pierwszy sekretarz- premier, biuro polityczne- rząd, wydziały- ministerstwa).
Zastanawia mnie ten zastygły język publicystyczny, brak przepływu nowej, lepiej czytelnej terminologii z nauk politycznych, które chyba starają się opisać i wymodelować struktury państw powstałych w miejce demoludów. Moje doświadczenie i intuicja podpowiadają mi, że taki język powinien być bliższy temu, którym opisuje się korporacje (może lepiej koncerny), a obecny etap to przechodzenie poprzez syndykaty do karteli. Liczy się zarząd i interesy udziałowców w zależności od tego ile posiadają akcji. Coraz wyraźniej widać również, że wśród udziałowców podziały przebiegają nie zawsze zgodnie z przynależnością partyjną, stąd moje przypuszczenia funkcjonowania nieformalnych zmów kartelowych.
Oczywiście są to bardzo luźne uwagi bez próby głębszej analizy, na którą nie pozwalają mi niedostatki wiedzy w tej dziedzinie.
Pozdrowienia.
fym  - KaNo   |2009-05-07 08:25:05
stawiasz mnie w dość trudnej sytuacji, ponieważ do czegoś takiego, jak raport o bieżącym stanie Polski potrzeba byłoby zespołu badaczy, a nie pojedynczego blogera Oczywiście, taki raport jest możliwy przy założeniu, że zajęliby się tym specjaliści z różnych dyscyplin - od prawników po filozofów społecznych i politologów - mógłby on być pewnym celem naszych dyskusji w POLIS MPC niekoniecznie zaś punktem wyjścia. Od wielu już miesięcy namawiam choćby 'michaela' by sporządził coś w rodzaju raportu, jeśli chodzi o gospodarkę, bo wiem, że on się tym zajmuje.

Moje generalne zastrzeżenie do tego, co napisałeś byłoby takie, że jednak jest pewna granica między publicystyką a opisem naukowym. Ten ostatni, podbudowany odpowiednimi badaniami, stosujący taką a nie inną metodologię, poddający się weryfikacji, rządzi się nieco innymi prawami niż publicystyka pozwalająca na pewną subiektywizację punktu widzenia i wypowiadanie się "na własną odpowiedzialność". Powtarzam, taki raport na pewno by się przydał, jednakże jest to rzecz dla instytutu lub zespołu badawczego, który przekopałby się przez różne dane (choćby GUS-u) i różne analizy politologiczne. Ja widziałbym majowe POLIS MPC w nieco skromniejszym kształcie, tj. po prostu jako obszar debaty wokół tego, jaka jest i powinna być Polska. Czy nasz obecny ustrój w ogóle można uznać za demokratyczny? W jaki sposób można osiągnąć ideał państwa republikańskiego, w którym troska o dobro wspólne jest spoiwem i społeczeństwa, i ludzi polityki? W jaki sposób poddać reformie obecny system prawny tak, by przestał być traktowany instrumentalnie? Jak wprowadzić wszechstronną kontrolę społeczną do dziedzin newralgicznych (związanych z "resortami siłowymi" i "bezpieczeństwem", by uniemożliwić dalsze ich emancypowanie się oraz polityzowanie? Myślę, że jest wiele problemów wartych rozważenia.

Co do frazeologii przeze mnie użytej, to, co pisałem wprost, nawiązywała ona do tego, co pisał i mówił J. Targalski, P. Gontarczyk oraz P. Semka, nie była więc moim wymysłem. Starałem się raczej wskazać na symptomy pojawiania się państwa policyjnego. Z tą diagnozą można się zgadzać lub nie - to oczywiście, czy Polska już jest czy zmierza do modelu policyjnego to właśnie sprawa do dyskusji. Ktoś może powiedzieć, że w państwie policyjnym diagnoza tego typu nie byłaby możliwa, ponieważ osobnik piszący coś takiego wylądowałby natychmiast za kratami jako więzień polityczny. Jest to prawda, pod warunkiem, że przyjmiemy pewnego rodzaju niezmienność modelu, by tak rzec, ubekizacji państwa. To założenie jest jednak nieprawdziwe, co widać choćby na przykładzie Rosji, która obecnie realizuje nowy model państwa policyjnego, gdzie służby specjalne prowadzą politykę (zewnętrzną i wewnętrzną) i zarządzają gospodarką. Jak wyglądają media w Rosji, to mniej więcej wiemy, zresztą raporty amerykańskie na temat środków przekazu na świecie, stawiają Rosję w czołówce krajów (po Iraku, Algierii i Kolumbii), w których ginie najwięcej dziennikarzy. Rzecz jasna, nie wszystkich dziennikarzy należy przywoływać do porządku za pomocą "nieznanych sprawców". Większość wystarczy po prostu kupić. I. Hargreaves w książce "Journalism. A Short Introduction" (Oxford 2005) przywołuje wypowiedź I. Łukianowej, która twierdzi, że dziennikarze służący politykom np. w okresie kampanii wyborczej są w stanie zarobić w ciągu paru tygodni tyle, ile przez resztę dni w roku.

Książki A. Politkowskiej czy A. Litwinienki dowodzą, że model państwa policyjnego, jaki obecnie jest w Rosji jest bardziej wyrafinowany niż to, co było za czasów ZSSR. Problem polega właśnie na tym, na co zwracałem uwagę w moim tekście, tj. że wykorzystuje się frazeologię demokratyzacji, reform, walki z korupcją etc., a jednocześnie życie społeczno-polityczne poddaje się całkowitej kontroli. O iluzorycznej niezawisłości sądów w Rosji nawet nie warto wspominać.

W kontekście modelu rosyjskiego możemy się teraz zastanowić, na ile Polska zdradza podobne "objawy". Czy nie przywołuje się u nas dziennikarzy do porządku za pomocą służb? Może nie w tak drastyczny sposób jak w Rosji, ale czy przypadek Sumlińskiego nie jest wymowny? Czy kupuje się u nas dziennikarzy? To chyba oczywiste i widoczne gołym okiem. Czy są służby w polityce i gospodarce? Bez najmniejszych wątpliwości. Jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że w Polsce, tak jak w Rosji, podkreślam, nie przeprowadzono żadnej dekomunizacji ani rozliczenia systemu komunistycznego, to tych podobieństw można dostrzec jeszcze więcej. Naturalnie, można się spierać o to, czy "pole siłowe", jakie nałożyła na nasz obszar UE oraz wcześniej NATO sprawi, że te patologie znikną. Nie zmienia to jednak faktu, że te patologie są, a jednocześnie przykrywa je frazeologia budowania niepodległego, zachodniego państwa. Z mojego punktu widzenia ten proces jest bardzo niebezpieczny, gdyż wprowadza olbrzymi zamęt choćby w umysłach młodych ludzi. Ci ostatni bowiem uczą się "kapitalizmu" na przykładzie naszej republiki bananowej, stąd podsycanie nastrojów lewicowych i lewackich jest w środowiskach młodzieżowych dość łatwe (na zasadzie rozbudzania podobnych emocji "przeciw burżuazji" i "krwiopijcom", jak to czynili bolszewicy) - pomijam już to, że komunistom w Polsce pozwolono spokojnie działać w sferze publicznej (o innych nie wspomnę), a więc to, że mogą oni te nastroje właśnie rozniecać, pogłębiając proces dezintegracji społecznej. Poza tym bałagan, jaki jest w Polsce zaczyna być traktowany jako stan normalny (!) i niepoddający się poważnym modyfikacjom. Wielu polityków zresztą jest zachwyconych takim stanem rzeczy, ponieważ mogą się cały czas tymże bałaganem zasłaniać ("konieczne są nowe ustawy".

Podsumowując, warto debatę podjąć, choć, jak powiadam, jej skalę bym widział nieco skromniej Dzięki za Twój głos.

Pozdrawiam
KaNo  - Free   |2009-05-08 04:18:36
Nie była moim zamiarem propozycja rozpoczęcia dyskusji od raportu o stanie państwa, raczej „wytyczne” do raportu mogłyby być jej punktem docelowym. To PiS ma ekspertów i niezbędne materiały do stworzenia takiego opracowania. Może warto uzgodnić na jakie pytania oczekujemy odpowiedzi?

Moje zastrzeżenia dotyczyły terminologii a nie diagnozy.
Sami publicyści zauważają niezbyt dokładną przystawalność takich określeń, jak państwo policyjne lub totalitarne i starają się je zmodyfikować lub zmiękczyć, dodając różne przymiotniki np. „aksamitny”. Jak dobrze wiemy, przymiotniki te mają często wartość niwelującą pierwotne znaczenie słów (np. „demokracja socjalistyczna”). Nie jest to szczęśliwe rozwiązanie, bo - jak wykazałeś i z czym się zgadzam - obecne procesy są równie groźne jak te, znane nam z przeszłości. Może moje wrażenie jest spowodowane oddaleniem od kraju, jak i ograniczonym dostępem do publicystyki.
Pozdrowienia.
fym  - KaNo   |2009-05-09 00:35:40
drogi KaNo, gdyby to chodziło wyłącznie o terminologię, to nasze problemy miałyby charakter wyłącznie akademicki. Tymczasem za określoną terminologią kryją się jakieś postawy i działania. Zauważ, jaką karierę robi obecnie w debacie publicznej określenie "zadymiarze". Są też określenia ostrzejsze "warchoły", "przestępcy"... Ludzie establishmentu, którzy codziennie niemalże odmieniają takie frazy jak "wolność słowa", "demokracja", "swobody obywatelskie" przez wszystkie przypadki zaczynają naraz mówić językiem zamordystów. Mało tego. Tenże sam premier, który jeszcze dwa lata temu mówił o "obywatelskim nieposłuszeństwie" i nawoływał do tego w odniesieniu do rozmaitych ówczesnych instytucji państwowych, teraz nawet nie chce słyszeć o tym, że ktoś się może sprzeciwiać obecnej władzy.

Terminologia użyta przeze mnie w eseju nie jest więc nieuzasadniona. Coś wisi w powietrzu. Coś niedobrego.
fym  - wszystkich zniecierpliwionych   |2009-05-08 20:36:59
zapewniam, że wysłane komentarze wnet się ukażą

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved."