|
Ktoś, kto zna już dotychczasowe odsłony Miasta Pana Cogito, mógłby jeszcze jakiś czas temu, bo podejrzewam, że już nie od 10 Kwietnia, a zwłaszcza nie w obliczu niedawnych spektakularnych akcji antykatolickich (w parlamencie) i antypolskich (na warszawskich ulicach), zadawać sobie pytanie, dlaczego tyle uwagi i miejsca poświęcaliśmy sowietyzacji i komunizmowi. Odpowiedź jest prosta: ponieważ neokomunizm jest świadomą i coraz wyraźniej widoczną kontynuacją poprzedniego reżimu. W związku z tym poznanie realiów i sposobów działania komunizmu pozwala nam poniekąd odkryć prawdę o dzisiejszych czasach, w których mechanizmy ujawniają się podobne. Neokomunizm we współczesnej Polsce (neopeerelu, mówiąc dokładnie) wychodzi zresztą coraz śmielej z fazy „miękkiego totalitaryzmu". Naraz też coraz więcej osób przeciera ze zdumienia oczy, że oto krystalizuje się znane nam aż za dobrze państwo policyjne, którego podstawowym zadaniem jest walka z obywatelami - i coraz więcej osób zaczyna sobie zdawać sprawę, że słowa Z. Herberta, właśnie przestrzegające przed niebezpieczeństwami neokomunizmu (a wypowiadane jeszcze w latach 90.), miały niezwykle głęboki sens.
Pismo powiada, że złe drzewo nie może wydać dobrych owoców i to również jest prawda, którą odkrywa dziś coraz więcej naszych rodaków. Czy nie jest to odkrycie spóźnione, to się jeszcze okaże. Jeśli bowiem ktoś liczył na to, że pozostawienie przed laty zbrodniarzy bez kary, a nawet wprzęgnięcie ich w budowę „nowego państwa", zaowocuje kiedyś „ładem społeczno-politycznym" oraz jakąś autentyczną polską kulturą, to się teraz może już pozbyć złudzeń. Najwyższy zresztą czas na ich pozbycie się, zwłaszcza że nie tylko polskie państwo, ale i właśnie polska kultura przeżywa kryzys, jaki jeszcze przed 10-tym Kwietnia wydawał się nie do wyobrażenia. Wojna z polskimi tradycjami, z katolicyzmem i jego symboliką, z patriotyzmem, z narodową pamięcią, z tym, co konstytuuje polską tożsamość, zaczęła się na dobre i jak widać Oni wcale nie mają zamiaru ustąpić. Tak, to prawdziwa wojna, nie zaś jedynie (znane nam od 22 lat) szydzenie z tego, co Polakom najdroższe, na antenach radiowych czy telewizyjnych lub na łamach „gazet lub czasopism" związanych z Ministerstwem Prawdy. Już chyba każdy, kto uważnie obserwuje polską współczesność, widzi, że Oni nie żartują. Oni traktują wojnę z polskością niezwykle serio, a Ich apetyt rośnie. Czy nie jest to zarazem czytelna oznaka właśnie neokomunizmu?
Wziąłem sobie niedawno do ręki słynną, rozrachunkową książkę Cz. Miłosza, dotyczącą akcesu „elit" do budowy ludobójczego ustroju, a napisaną w Maisons-Laffitte równo 60 lat temu, bo w 1951 r. Czy tamten obraz, takiego, mówiąc słowami autora „Zniewolonego umysłu", zachłyśnięcia się „Nową Wiarą", nie pasuje jak ulał do dzisiejszej naszej rzeczywistości? Można było się kiedyś zdumiewać, że tylu ludzi wykształconych, inteligentnych etc. naraz ni stąd ni zowąd, a wiedząc, co się szykuje, zgłaszało się na służbę przy sowieckim knucie i swoje talenty poświęcało na wspieranie komunistycznego terroru i rozwijanie „humanizmu socjalistycznego" lub „kultury radzieckiej". Tymczasem w neokomunizmie jest tak samo. Tacy ludzie bowiem są na gwizdek, a w obawie przed „pozostaniem na marginesie" lub „spóźnieniem się na pociąg postępu", na ochotnika się zgłaszają do służby „partii władzy". Z początku idzie im to słabo, bo i zdolności mają niewiele, ale z czasem nabierają oni wprawy, zwłaszcza że salony związane z władzą potrafią motywować lepiej niż jakikolwiek inny mecenat. Im większe zresztą intelektualne miernoty, tym głośniejsze ich wypowiedzi świadczące o pełnym poparciu dla coraz brutalniejszego reżimu. Ostatnimi czasy przykładów tego mieliśmy aż za dużo.
Ktoś może powiedzieć, że po pierwsze najwyraźniej ci ludzie niewiele się nauczyli z historii i los „zachłyśniętych" bolszewizmem (a potem wstydzących się swojej „naiwności" oraz służalczości) jest współczesnym „nowowiercom" nieznany lub obojętny - za czasów Soso wielu „intelektualistów" święcie wierzyło, że ZSSR istnieć będzie wiecznie („Komunizm dla mnóstwa ludzi zarówno w Polsce, jak w krajach zachodnich wydawał się przyszłością całej planety", powie po wielu latach Miłosz w rozmowie o swej książce z W. Boleckim („Zniewolony umysł", Kraków 1999, s. 5)). W związku z tym ci „intelektualiści" woleli stać po stronie zwycięzców niż tej „mierzwy", którą zmielić może przy byle okazji ruska machina dziejów; no ale się raczej pomylili. Tym samym, mógłby wywodzić ten ktoś, (po drugie) i współcześni nadgorliwcy mogą się bardzo pomylić w ocenie sytuacji (oraz typowaniu historycznych zwycięzców) i za parę lat na wyścigi będą pisać „Zniewolony umysł 2", zastanawiając się, jak to się u licha mogło stać, że tylu artystów, naukowców, aktorów, dziennikarzy i diabli wiedzą jeszcze kto, zachłysnęło się neosowietyzacją i neokomunizmem.
Na takie dictum można by jednak postawić kilka pytań. A jeśli współcześni dobrze znają tamtą lekcję historii i świetnie wiedzą, co robią? Może właśnie dostrzegają dzięki jakimś cudownym okularom coś, co jeszcze całkiem na powierzchni zdarzeń nie jest gołym okiem widoczne? Może wiedzą, skąd naprawdę wieje obecnie wicher historii? Może czują nosem coś, co na razie niesie się gdzieś w oddali i czego wyłapanie wymaga doskonale wytresowanego węchu? Może bowiem pomylili się tamci „nowowierni" z czasów stalinowskich, odchodząc od inżynierii dusz i pieriekowki, a nawet włączając się w jakąś krytykę swojego ideologicznego zaangażowania? Może niewłaściwie ocenili bieg historii, bo wcale nie nastał koniec hegemonii Kremla? Może tamci „nowowiercy" sprzed kilkudziesięciu lat nie dostrzegli tego, że trzeba jedynie poczekać, cierpliwie odczekać, aż zza nowej potiomkinowskiej wsi ukaże się dawny krajobraz?
Gdzie szukać odpowiedzi na takie pytania, jak nie u samych źródeł, czyli w leninowskiej „Krytyce Politycznej" (nie tylko w kontekście jej niedawnej wiodącej roli w „wydarzeniach z 11 listopada")? Oto kilka cytatów z pedagogicznego, niemalże medycznego (chodzi o leczenie dusz, oczywiście) tekstu O. Tokarczuk, napisanego niedługo po zamachu z 10 Kwietnia, a opublikowanego 15 kwietnia 2010 r. przez „New York Times" (http://www.nytimes.com/2010/04/16/opinion/16tokarczuk.html) na stronie leninowskiej „Krytyki Politycznej" zaś 18 kwietnia:
„Przypomina mi się, że w sytuacji wielkiej traumy, tej indywidualnej, jak i zbiorowej, następuje coś, co psychologia określa abaissment du niveau mental - obniżenie poziomu świadomości. Słabną racjonalne mechanizmy obronne, intelekt ustępuje miejsca mrokom zbiorowej psychiki. Wyłażą cienie, pokryte pajęczyną dawne strachy i upiory, powracają kompulsywnie uporczywe i nie wyleczone obsesje. Przerażony umysł próbuje doszukać się sensu, daje się uwodzić i podpuszczać. Odgrzebuje stare interpretacje, oddaje się w niewolę wdrukowanym poglądom, rezygnuje z refleksji. Słabnie jego zdolność do przeciwstawiania się perswazji i manipulacji."
http://www.krytykapolityczna.pl/Opinie/Tokarczuk-Znowu-zaczynamy-przypominac-plemie/menu-id-197.html
Mroki zbiorowej psychiki, kompulsywnie uporczywe, niewyleczone obsesje, obniżenie poziomu świadomości - nie za wesoło zatem z Polakami. No ale jak trauma to trauma. Całe szczęście, że ktoś w tej traumie jeszcze zachowuje przytomność i chłodny osąd, jak lekarz podczas epidemii. I dalej pani doktor Tokarczuk powiada tak, przechodząc do psychiatrycznej i antropologicznej diagnozy:
„Próbuję więc zrozumieć, jak bardzo tkwimy we władzy starego mitu. Tego samego, który potrafi nas zjednoczyć tylko przy ciałach ofiar, przy trumnach i na cmentarzach. Mitu, który w krwiożerczy i bezwzględny sposób każe ruszyć kolejnym pokoleniom do beznadziejnej walki i który celebrując pozycję ofiary, zaraża smakiem przegranej, zanim jeszcze zacznie się walka czy gra. Ten sposób myślenia potrzebuje ofiar - on właściwie karmi się krwią. Znowu zaczynamy przypominać plemię, które tańczy wokół starych totemów; ignoruje żywych, a jest w stanie docenić tylko martwych."
Władza starego mitu - to także oczywiste. Cóż innego bowiem mogą robić Polacy po największej powojennej tragedii, która ich dotknęła, jak nie oddać się mitologii. Ale mitologii specyficznej, plemiennej. Katolicyzm jako zdziczenie? Krzyż jako totem wokół którego tańczy katolickie plemię? Może być i tak. Jak dobrze więc, że ktoś oświecony ze spokojem nam to powiedział, prawda? I żeby już nikt z nas nie miał wątpliwości, doktor Tokarczuk podsumowuje:
„To, co widzę wokół, obnaża dojmujący brak alternatywnych, świeckich, ludzkich rytuałów zbiorowych, które pozwoliłyby przeżyć wspólną traumę katastrofy w kojącej bliskości innych, w pełnej współodczuwania ludzkiej wspólnocie i nie popadać przy tym w neurotyczny teatr katolickiego nacjonalizmu.
Kościół katolicki, który jest kustoszem tej anachronicznej mitologicznej mentalności, ma niejako monopol na wszelkie steatralizowane formy rytuałów wspólnotowych. Zagarnia przestrzeń zbiorowego przeżycia, sprowadzając je do religii i polsko-katolickiej retoryki takiej, jak ten wspomniany na początku sms (o treści: „Historia zatacza koło. Powraca Mickiewicza Polska Chrystusem Narodów. Zjednoczmy się tą od Boga Miłością. Braterstwem umocnijmy Ojczyznę" - przyp. F.Y.M.). W takiej sytuacji standard państwa neutralnego światopoglądowo jest tak samo realistyczny, jak życie na Księżycu. Wszyscy już przyzwyczailiśmy się do widoku modlącego się na klęczkach rządu.
Patrzę na to wszystko i moja bezradność powoli zamienia się w złość. Mam dość budowania naszej wspólnej tożsamości wokół pogrzebów, marszów żałobnych, celebrowania ofiar, martwych ciał, nieudanych powstań i śmierci."
A więc znowu ci przeklęci Polacy nieprzygotowani do zdawania egzaminu z demokracji. Który to już raz? No, ręce i nogi opadają, słowo daję. Czy tego typu tonacji nie znamy z setek publikacji peerelowskich, choć Tokarczuk nie jest pisarką peerelu przecież, lecz jedną z największych nadziei Ministerstwa Prawdy neopeerelu? Ileż to lamentacji nad „tą nieszczęsną polską martyrologią" było za „Polski Ludowej". Ileż to narzekań na „steatralizowane rytuały wspólnotowe" (oczywiście te katolickie, bo np. akademie szkolne, pochody pierwszomajowe, obchody sowieckich uroczystości nie były „steatralizowane" ani nawet sztampowe, to były normalne uroczystości).
Ileż to krwi napsuł porządnym intelektualistom „katolicki nacjonalizm" oraz „budowanie tożsamości wokół pogrzebów oraz nieudanych powstań". No i wciąż niespełnione marzenia o „neutralności światopoglądowej". Ileż to wieczernic na mówieniu o tym, tak jak i o nieuchronnej w komunizmie sekularyzacji, laicyzacji etc. spędzili działacze „Towarzystwa Krzewienia Kultury Świeckiej". Wszystkie te bezcenne refleksje neopeerelowskiej pisarki, którą, nawiasem mówiąc, już niektórzy widzieliby w kręgu noblistów (http://www.polskieradio.pl/5/3/Artykul/452883,Polak-ma-szanse-na-literackiego-Nobla), powstały zaledwie parę dni po tragedii. Niesamowite, prawda? Jak szybko wiedziała, co napisać i z jakiej perspektywy - po jednym z najważniejszych, przełomowych wydarzeń powojennej Polski.
Czy Tokarczuk lub jej podobni przedstawiciele współczesnych „elit" napiszą kiedyś „Zniewolony umysł 2", bo np. historia znowu zmieni bieg na „mniej postępowy"? Chyba nie. Nawet bowiem, jeśliby chcieli, to nie posiadają tego talentu, co Miłosz. Postawieni w polskiej kulturze zbyt wysoko i wyrokujący z tych nieziemskich wyżyn o Polakach i polskości, są już jedynie pośmiewiskiem, a nie ludźmi, od których możemy oczekiwać intelektualnej odwagi i powagi (także w stosunku do nich samych).
Dlatego sursum corda! :) - czas papierowych autorytetów kiedyś przeminie. Czas neokomunizmu także, agentura bowiem nie ma tylu czołgów, co dawniej, by wysłać przeciwko narodowi na ulice naszych miast. A w najnowszej odsłonie Miasta Pana Cogito poświęconej wielorako rozumianej podległości Polski, sporo nowych Autorów, których witam z wielką radością. Polecamy się na przyszłość.

Laleczka
|
Tekst Jan Kochano...
najlepiej do pią...
Spróbuję coś n...
jaka znowu chłos...
Bardzo dziękuję...
Dziękując za t...
Bardzo dziękuję...
Wszystkie osoby, ...
wielkie dzięki, ...
wie Pani, ja jako...